Trzy lata temu teściowa wyrzuciła nas z dzieckiem na ulicę, teraz jest urażona, że nie chcę z nią rozmawiać

— Nie wracajcie tu więcej! — wrzasnęła teściowa, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż obraz Matki Boskiej spadł ze ściany. Stałam na klatce schodowej z trzyletnim synkiem na rękach, w jednej dłoni trzymałam torbę z ubraniami, w drugiej pluszowego misia. Był listopad, padał deszcz, a ja czułam się jak ktoś, kto właśnie stracił wszystko.

Mój mąż, Michał, stał obok mnie, ale nie powiedział ani słowa. Patrzył w podłogę, jakby to nie jego dotyczyło. Wtedy zrozumiałam, że jestem sama. Nie miałam dokąd pójść. Moja mama zmarła kilka lat wcześniej, ojciec od dawna nie utrzymywał ze mną kontaktu. Przyjaciółki? Każda miała swoje życie, swoje problemy. Warszawa była dla mnie wtedy jak dżungla – wielka, obca i zimna.

Tamtej nocy spałam z synkiem na dworcu Warszawa Centralna. Próbowałam go utulić do snu, przykryć kurtką, żeby nie zmarzł. Słyszałam, jak cicho płacze i pyta: „Mamo, kiedy wrócimy do domu?”. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Wtedy przysięgłam sobie, że już nigdy nie pozwolę nikomu nas tak potraktować.

Przez kilka tygodni tułałam się po tanich hostelach i wynajmowanych pokojach. Michał wrócił do matki i przestał odbierać moje telefony. Zostałam sama z dzieckiem i długami. Pracowałam na dwa etaty – rano sprzątałam biura, wieczorami dorabiałam jako kelnerka w barze mlecznym na Ochocie. Były dni, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka, ale musiałam. Dla syna.

Często wracały do mnie słowa teściowej: „Jesteś nikim! Zrujnowałaś życie mojemu synowi!”. Nigdy nie rozumiałam tej nienawiści. Przecież starałam się być dobrą żoną i matką. Gotowałam obiady, sprzątałam mieszkanie, dbałam o rodzinę. Ale dla niej zawsze byłam niewystarczająca – za biedna, za zwyczajna, nie z Warszawy.

Najgorsze były święta. W Wigilię siedziałam sama przy stole z synkiem i patrzyłam na puste miejsce po ojcu mojego dziecka. Michał nawet nie zadzwonił. Syn pytał: „Mamo, a tata przyjdzie?”. Kłamałam: „Może jutro”.

Po roku udało mi się wynająć małe mieszkanie na Pradze. Było ciasne i ciemne, ale nasze. Każdego dnia budowałam od nowa poczucie bezpieczeństwa dla siebie i syna. Poznałam kilka kobiet w podobnej sytuacji – samotne matki, które też zostały porzucone przez rodziny lub partnerów. Razem tworzyłyśmy coś na kształt nowej rodziny.

Czasem myślałam o teściowej. O tym, jak łatwo przyszło jej wyrzucić nas z domu. Czy miała wyrzuty sumienia? Czy choć raz pomyślała o swoim wnuku? Nigdy nie zadzwoniła, nie zapytała, czy mamy co jeść, czy synek jest zdrowy.

Aż pewnego dnia dostałam wiadomość od Michała: „Mama chce się z tobą spotkać”. Zamarłam. Po trzech latach ciszy? Po tym wszystkim?

Spotkaliśmy się w kawiarni na Mokotowie. Teściowa przyszła elegancko ubrana, jak zawsze pachniała drogimi perfumami. Usiadła naprzeciwko mnie i patrzyła chłodno.

— Myślę, że powinnaś już przestać się obrażać — powiedziała bez cienia skruchy.

— Obrażać? — powtórzyłam zdziwiona.

— Tak. Rodzina powinna trzymać się razem. Michał tęskni za synem.

Poczułam wściekłość. — Rodzina? Trzy lata temu wyrzuciła mnie pani z dzieckiem na ulicę!

Wzruszyła ramionami. — Były trudne czasy. Każdy popełnia błędy.

— Ale ja musiałam sobie radzić sama! — głos mi się załamał. — Spałam z dzieckiem na dworcu! Czy pani wie, co to znaczy?

Teściowa spojrzała gdzieś w bok. — Nie przesadzaj. Przecież jakoś sobie poradziłaś.

Wyszłam z tej kawiarni z poczuciem upokorzenia i żalu większego niż kiedykolwiek wcześniej. Michał próbował potem dzwonić, pisać wiadomości – że jego mama jest już starsza, że powinnam jej wybaczyć dla dobra dziecka.

Ale ja nie potrafię zapomnieć tamtej nocy na klatce schodowej ani łez mojego synka na dworcu. Nie potrafię udawać, że nic się nie stało.

Dziś mam trzydzieści lat i własne życie – skromne, ale moje. Pracuję jako recepcjonistka w małym hotelu na Woli, mój synek chodzi do szkoły i coraz rzadziej pyta o ojca. Czasem patrzę na niego i zastanawiam się, czy kiedyś będzie mi miał za złe to wszystko.

Czy można wybaczyć komuś taką krzywdę? Czy naprawdę powinnam udawać przed synem, że rodzina to zawsze wsparcie i miłość? A może czasem trzeba postawić granicę – nawet jeśli boli?