Nikt nie chciał przyjąć mojego syna: Samotność ojca w cieniu rodzinnych dramatów

– Tato, dlaczego oni nie chcą, żebym przyszedł? – Filip patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja czułem, jak coś we mnie pęka. Stałem w przedpokoju naszego mieszkania na warszawskim Bródnie, trzymając w ręku plecak syna. Za oknem padał deszcz, a ja próbowałem wymyślić kolejne kłamstwo, które miałoby go ochronić przed prawdą. Ale ile można kłamać własnemu dziecku?

Filip ma 13 lat. Jest moim jedynym synem i całym światem. Od urodzenia zmaga się z autyzmem. Jego matka, Agnieszka, odeszła od nas pięć lat temu. Powiedziała wtedy: „Nie dam rady, Zbyszek. To mnie przerasta. Muszę zacząć żyć na nowo.” Zostawiła mi tylko kartkę na stole i kilka spakowanych walizek. Od tamtej pory jesteśmy tylko we dwóch.

Próbowałem wszystkiego – terapii, rozmów z nauczycielami, spotkań z innymi rodzicami. Ale Filip był coraz bardziej wycofany. W szkole dzieci go unikały. Nauczyciele patrzyli na mnie z litością albo zniecierpliwieniem. „Może lepiej byłoby znaleźć mu inną placówkę?” – słyszałem wielokrotnie od dyrektorki. Ale gdzie miałbym go posłać? Do specjalnej szkoły? Przecież Filip jest mądry, tylko inny.

Najgorsze były urodziny. Kiedyś zaprosiłem całą klasę do naszego mieszkania. Przygotowałem tort, balony, gry planszowe. Przyszło tylko dwoje dzieci – i to na chwilę. Reszta rodziców nawet nie odpisała na zaproszenie. Filip siedział potem godzinami przy stole i pytał: „Tato, czy coś ze mną jest nie tak?”

Przyjaciele? Kiedyś miałem ich wielu. Ale z czasem zaczęli się wykruszać. „Zbyszek, musisz zrozumieć, że nie każdy potrafi zaakceptować takie dziecko”, mówił mi kiedyś Paweł, mój dawny kolega z pracy. „Może powinieneś dać sobie spokój z tymi spotkaniami?”

Najbardziej bolało mnie to, że nawet rodzina się odwróciła. Moja matka mówiła: „Może oddaj go do jakiegoś ośrodka? Ty też musisz żyć.” Brat przestał dzwonić po tym, jak Filip podczas świąt wylał barszcz na obrus jego żony. „Nie chcemy więcej takich sytuacji”, usłyszałem potem przez telefon.

Zostałem sam z synem i jego cichą tęsknotą za akceptacją. Każdy dzień był walką – o to, żeby Filip wstał z łóżka, żeby poszedł do szkoły, żeby nie zamknął się w swoim świecie na dobre. Czasem miałem ochotę krzyczeć ze złości i bezsilności. Czasem płakałem w łazience tak cicho, żeby Filip nie usłyszał.

Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole. Filip układał swoje ulubione klocki Lego i nagle powiedział:
– Tato, czy ja kiedyś będę miał przyjaciela?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zamiast tego objąłem go mocno i powiedziałem tylko:
– Jesteś najwspanialszym chłopcem na świecie.
Ale przecież wiedziałem, że to nie wystarczy.

W pracy coraz częściej brałem zwolnienia. Szefowa patrzyła na mnie z rosnącą irytacją.
– Zbyszek, musisz się określić. Albo praca, albo dom.
Ale jak miałem wybrać? Przecież Filip mnie potrzebował.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Agnieszka.
– Może oddasz go do domu dziecka? – zapytała bez emocji.
Czułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
– Nigdy – odpowiedziałem krótko i odłożyłem słuchawkę.

Zacząłem szukać pomocy wszędzie – w fundacjach, u psychologów, nawet u księdza w parafii. Większość ludzi kiwała głową ze współczuciem, ale nikt nie chciał naprawdę pomóc. „To trudny przypadek”, mówili.

Czasami myślałem o tym, żeby po prostu uciec – zostawić wszystko i zacząć gdzieś od nowa. Ale potem patrzyłem na Filipa i wiedziałem, że nie mogę go zostawić.

Pewnego dnia wydarzyło się coś niespodziewanego. Do naszej klatki wprowadziła się nowa sąsiadka – pani Teresa z wnuczką Mają. Maja miała zespół Downa i była jedynym dzieckiem w okolicy, które podeszło do Filipa bez uprzedzeń.
– Cześć! Chcesz się pobawić? – zapytała pewnego popołudnia na placu zabaw.
Filip spojrzał na mnie niepewnie, ale po chwili skinął głową.
Od tego dnia zaczęli się spotykać niemal codziennie. Maja była cierpliwa i wyrozumiała. Uczyła Filipa prostych gier i śmiała się z jego żartów.

Po raz pierwszy od lat zobaczyłem uśmiech na twarzy syna.

To był mały cud – ale wystarczył, żebym znów poczuł nadzieję.

Dziś wiem jedno: nigdy nie przestanę walczyć o mojego syna. Nawet jeśli wszyscy inni się odwrócą.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze samotności potrafi unieść jeden człowiek? Czy naprawdę tak trudno zaakceptować kogoś innego?

A Wy? Co byście zrobili na moim miejscu?