Cień nad Wisłą: Opowieść o wyborach, które zmieniają wszystko

Wszystko zaczęło się od huku tłuczonego szkła i krzyku mojej matki: „Tomek! Tomek!” – jej głos przeszył ciszę nocy jak nóż. Zerwałem się z łóżka, nogi miałem jak z waty. Wbiegłem do kuchni – ojciec leżał na podłodze, blady, z szeroko otwartymi oczami, a matka klęczała przy nim, trzęsąc się cała. „Wezwij pogotowie!” wrzasnęła. W tamtej chwili czułem tylko strach – czysty, paraliżujący strach, który ściskał mnie za gardło. Ale pod tym wszystkim była jeszcze inna emocja: samotność. Po raz pierwszy poczułem, że jestem sam w tym domu pełnym ludzi.

Mam na imię Tomasz Zieliński. Mam trzydzieści siedem lat i całe życie mieszkałem w Radomiu, w bloku z wielkiej płyty przy ulicy Żeromskiego. Moja matka, Barbara, była kobietą twardą jak stal – nauczycielka matematyki, która nigdy nie pozwalała sobie na słabość. Ojciec, Andrzej, był cichym człowiekiem – zawsze z książką w ręku, zawsze gdzieś obok. Byłem ich jedynym dzieckiem – oczkiem w głowie i jednocześnie największym rozczarowaniem.

Moja historia zaczyna się jednak dużo wcześniej – w liceum, kiedy poznałem Karolinę. Była inna niż wszystkie dziewczyny z naszej klasy: miała ciemne włosy związane w koński ogon i śmiała się tak głośno, że nauczycielka od polskiego przewracała oczami. Karolina była moją pierwszą miłością – tą prawdziwą, bolesną, która zostawia blizny na całe życie.

Pamiętam studniówkę jakby to było wczoraj. Stałem pod ścianą, spocony ze strachu, a ona podeszła do mnie i powiedziała: „No co? Będziesz tak stał jak kołek czy zatańczysz?” Zatańczyliśmy wtedy poloneza, potykając się o własne nogi. Potem poszliśmy na spacer po parku Planty. Trzymałem ją za rękę i czułem się tak lekko, jakby świat nagle przestał istnieć.

Ale moja matka nie znosiła Karoliny. „Ona jest z patologii,” powtarzała z pogardą. „Nie chcę jej widzieć w tym domu.” Ojciec tylko wzdychał i chował się za gazetą. Próbowałem walczyć o naszą miłość, ale matka była nieugięta. „Tomek, ty musisz myśleć o przyszłości!” – krzyczała podczas jednej z awantur. „Nie będziesz się włóczył z jakąś Karoliną! Ty pójdziesz na medycynę do Warszawy!”

W końcu uległem. Wyjechałem na studia do Warszawy, zostawiając Karolinę samą z jej marzeniami o wspólnym życiu. Przez pierwsze miesiące pisała do mnie wiadomości – długie, pełne tęsknoty i żalu. Odpowiadałem coraz rzadziej. W końcu przestałem pisać wcale.

W Warszawie poznałem Agatę – córkę znajomych mojej matki. Była ładna, dobrze wychowana i przede wszystkim – akceptowana przez rodzinę. Z Agatą było łatwo: żadnych dramatów, żadnych łez. Po dwóch latach zaręczyliśmy się. Matka była zachwycona.

Ale ja nie byłem szczęśliwy.

Po ślubie zamieszkaliśmy w nowym bloku na Mokotowie. Agata pracowała w korporacji farmaceutycznej, ja w szpitalu na Banacha. Nasze życie było poukładane jak szuflady w komodzie: śniadanie o siódmej, praca do siedemnastej, zakupy w Biedronce w sobotę rano. Wieczorami oglądaliśmy seriale i milczeliśmy.

Czasem wracałem myślami do Karoliny. Zastanawiałem się, co u niej słychać – czy wyszła za mąż, czy ma dzieci. Próbowałem ją odnaleźć na Facebooku, ale jej profil był pusty.

Aż pewnego dnia zadzwonił telefon.

– Tomek? Tu Karolina…

Zamarłem. Jej głos był taki sam jak dawniej – ciepły i lekko drżący.

– Cześć… Co u ciebie? – zapytałem głupio.

– Muszę ci coś powiedzieć…

Spotkaliśmy się następnego dnia w kawiarni przy Nowym Świecie. Karolina była jeszcze piękniejsza niż zapamiętałem – dojrzała, pewna siebie, ale w oczach miała ten sam smutek.

– Mam córkę – powiedziała bez ogródek. – Ma na imię Zosia. Ma dziewięć lat.

Zatkało mnie.

– To… to moja córka?

Karolina pokręciła głową.

– Nie… Ale chciałam ci powiedzieć… że nigdy cię nie zapomniałam.

Rozmawialiśmy długo – o życiu, o tym, co straciliśmy przez cudze ambicje i własny strach. Kiedy wróciłem do domu, Agata czekała na mnie z kolacją.

– Gdzie byłeś? – zapytała chłodno.

– Spotkałem się ze starą znajomą.

– Z Karoliną? – Jej głos był lodowaty.

Przytaknąłem.

– Tomek… Ja wiem wszystko – powiedziała nagle Agata. – Wiem, że nigdy mnie nie kochałeś tak jak ją.

Zapanowała cisza. Przez chwilę myślałem, że zaraz wybuchnie płaczem albo rzuci we mnie talerzem. Ale ona tylko westchnęła i wyszła z kuchni.

Następnego dnia wróciłem do Radomia – ojciec był po zawale i potrzebował opieki. Matka była roztrzęsiona.

– Wszystko przez ciebie! – krzyczała na mnie przy stole. – Gdybyś był lepszym synem…

Nie wytrzymałem.

– Mamo! Całe życie robiłem to, czego chciałaś! Poświęciłem Karolinę dla twoich ambicji! Poświęciłem siebie!

Ojciec spojrzał na mnie smutno.

– Tomek… Ja też żałuję wielu rzeczy…

Wtedy zrozumiałem: wszyscy byliśmy ofiarami cudzych oczekiwań.

Po powrocie do Warszawy Agata poprosiła o rozwód. Nie płakała. Po prostu spakowała walizkę i wyszła.

Zostałem sam w pustym mieszkaniu na Mokotowie. Przez kilka tygodni piłem za dużo i spałem za mało. W końcu zadzwoniłem do Karoliny.

– Chciałbym cię zobaczyć…

Spotkaliśmy się znów w tej samej kawiarni. Tym razem przyszła też Zosia – jej córka. Była podobna do niej: miała ciemne włosy i szeroki uśmiech.

– Tomek… Nie wiem, czy możemy zacząć wszystko od nowa – powiedziała Karolina cicho. – Ale możemy spróbować być przyjaciółmi.

Przyjąłem to bez słowa sprzeciwu.

Dziś mija pięć lat od tamtej rozmowy. Jestem sam – ale wolny od cudzych oczekiwań. Czasem spotykam się z Karoliną i Zosią na spacerach po Łazienkach. Rozmawiamy o życiu, śmiejemy się z żartów Zosi.

Często zastanawiam się: co by było, gdybym wtedy nie posłuchał matki? Gdybym wybrał siebie zamiast cudzych marzeń? Czy można jeszcze naprawić to, co zostało złamane?

A może każdy z nas niesie swoją własną nić tęsknoty za tym, czego nigdy nie miał odwagi zatrzymać?

Co wy byście zrobili na moim miejscu?