Niezrozumiana córka: Czy można pokochać siebie, gdy nigdy nie było się kochaną przez matkę?
– Znowu to zrobiłaś, Aniu! – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. – Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zostawiała naczyń w zlewie?
Stałam przy blacie, ściskając w dłoni kubek z herbatą. Miałam wtedy trzynaście lat i czułam się, jakbym była niewidzialna. Oczywiście, poza chwilami, gdy coś zrobiłam nie tak. Wtedy mama widziała mnie aż za dobrze.
– Przepraszam, mamo – wyszeptałam, ale ona już odwracała się do mojego brata, Pawła, który właśnie wszedł do kuchni z piłką pod pachą.
– Pawełku, zrobiłam ci twoje ulubione naleśniki! – jej głos natychmiast złagodniał. – Chcesz jeszcze kakao?
Patrzyłam na nich i czułam, jak w środku rośnie mi gula. Paweł był jej oczkiem w głowie. Zawsze. Nawet kiedy rozbił szybę w drzwiach balkonowych, mama tylko westchnęła i powiedziała: „Chłopcy tak mają”. Ja za to dostawałam burę za każdy okruszek na stole.
Przez lata próbowałam zasłużyć na jej uwagę. Przynosiłam dobre oceny, pomagałam w domu, opiekowałam się Pawłem, kiedy była w pracy. Ale nigdy nie usłyszałam: „Jestem z ciebie dumna”. Nawet wtedy, gdy dostałam się do najlepszego liceum w mieście.
Pamiętam tamten dzień jak dziś. Wracałam do domu z listem gratulacyjnym w ręku. Serce waliło mi jak młot. Wbiegłam do kuchni.
– Mamo! Dostałam się! – wykrzyknęłam.
Spojrzała na mnie znad gazety. – A Paweł?
– On jeszcze nie wie, czy się dostał…
– No to poczekamy na wyniki Pawła – powiedziała chłodno i wróciła do czytania.
Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam się starać. Zaczęłam zamykać się w swoim pokoju, słuchać muzyki i pisać pamiętnik. Tam mogłam być sobą. Tam nikt mnie nie oceniał.
Z czasem nauczyłam się nie oczekiwać niczego od mamy. Ale ból pozostał. Przez całe liceum czułam się gorsza, niewystarczająca. Zazdrościłam koleżankom, które opowiadały o wspólnych zakupach z mamą czy wieczorach przy filmach. U nas w domu takich chwil nie było.
Paweł dorastał i coraz częściej znikał z domu. Ja zostałam z mamą sama. Myślałam, że może teraz coś się zmieni. Że może zauważy mnie, doceni… Ale ona tylko narzekała: „Czemu nie możesz być taka jak twój brat? On nigdy nie sprawiał mi tylu problemów”.
Zaczęłam studia w Warszawie. Wyjechałam z rodzinnego Olsztyna z ulgą i strachem jednocześnie. Bałam się dorosłości, ale jeszcze bardziej bałam się zostać tam, gdzie byłam nikim.
Na studiach poznałam Michała. Był czuły, troskliwy, potrafił słuchać. Po raz pierwszy ktoś patrzył na mnie tak, jakby naprawdę widział mnie całą – ze wszystkimi wadami i zaletami. Ale ja… nie umiałam mu zaufać. Każde jego „kocham cię” wydawało mi się podejrzane. Myślałam: „Na pewno zaraz zobaczy, jaka jestem naprawdę i odejdzie”.
Michał próbował do mnie dotrzeć:
– Aniu, czemu ciągle się ode mnie odsuwasz?
– Boję się…
– Czego?
– Że mnie zostawisz.
– Ale dlaczego miałbym to zrobić?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć komuś dorosłemu, że nigdy nie czuło się kochanym przez własną matkę?
Po dwóch latach Michał odszedł. Powiedział tylko:
– Musisz najpierw pokochać siebie.
Zostałam sama ze swoimi demonami.
Wróciłam do Olsztyna na święta Bożego Narodzenia. W domu było jak zawsze – mama krzątała się po kuchni, Paweł przyjechał z narzeczoną i wszyscy udawali szczęśliwą rodzinę.
Przy wigilijnym stole mama zapytała:
– A ty, Aniu? Kiedy w końcu kogoś sobie znajdziesz? Zobacz na Pawła – taki zaradny chłopak!
Poczułam łzy pod powiekami.
– Może najpierw powinnaś zapytać, czy jestem szczęśliwa – powiedziałam cicho.
Zapadła cisza. Paweł spojrzał na mnie zdziwiony, mama wzruszyła ramionami.
– Szczęście to nie jest najważniejsze. Ważne, żeby mieć rodzinę i pracę.
Wtedy po raz pierwszy poczułam gniew zamiast smutku.
– Mamo… Czy ty kiedykolwiek byłaś ze mnie dumna?
Spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła mnie pierwszy raz w życiu.
– Nie wiem… Ty zawsze byłaś taka inna…
Wyszłam z domu i długo spacerowałam po pustych ulicach Olsztyna. Śnieg skrzypiał pod butami, a ja płakałam jak dziecko.
Dziś mam trzydzieści dwa lata i własne mieszkanie w Warszawie. Pracuję jako psycholożka dziecięca – może dlatego, że chcę dawać innym dzieciom to, czego sama nie dostałam.
Czasem dzwonię do mamy. Rozmowy są krótkie i powierzchowne. Paweł ma już dwójkę dzieci – mama jest zachwycona wnukami. Ja jestem dla niej tą „dziwną”, „samotną” córką z miasta.
Ale uczę się żyć ze sobą. Uczę się wybaczać jej i sobie. Bo wiem już jedno: jej chłód nie był moją winą.
Czy można pokochać siebie naprawdę, jeśli nigdy nie było się kochaną przez najważniejszą osobę? Czy wy też czasem czujecie się niewidzialni dla tych, których najbardziej chcieliście poruszyć swoim istnieniem?