Gdy babcie się zderzają: Bitwa o pierwszy odwiedziny wnuczki

– Nie wierzę, Iwona! – głos mojej mamy Grażyny drżał od emocji. – Jak możesz pozwolić, żeby Zofia była pierwsza? Przecież to ja jestem twoją matką!

Patrzyłam na nią przez łzy, tuląc maleńką Lenę do piersi. Byłam wykończona po porodzie, a zamiast wsparcia czułam się jak pole bitwy. W kuchni, za zamkniętymi drzwiami, słyszałam stłumione szepty mojego męża Pawła i jego matki Zofii. Wiedziałam, że tam też nie jest spokojnie.

– Mamo, proszę cię… – zaczęłam cicho, ale Grażyna już była w swoim żywiole.

– Ja cię wychowałam! Ja wiem najlepiej, czego potrzebujesz! – krzyczała niemal szeptem, żeby nie obudzić Leny. – Zofia nawet nie wie, jak się przewija dziecko. Ona zawsze wszystko robiła po swojemu.

Zacisnęłam powieki. W głowie dudniło mi od niewyspania i napięcia. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu obie babcie z entuzjazmem szyły kocyki i kupowały ubranka. Wtedy wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Ale teraz…

Drzwi kuchni otworzyły się gwałtownie. Zofia weszła do pokoju z miną generała.

– Iwona, kochanie – powiedziała przesadnie łagodnym tonem – Paweł mówił, że mogę zostać dziś na noc i pomóc ci z karmieniem. Wiesz przecież, że mam doświadczenie.

Grażyna spojrzała na nią jak na wroga numer jeden.

– Oczywiście, bo ja nie mam doświadczenia! – syknęła. – Może przypomnieć ci, kto pierwszy trzymał Lenę na rękach?

Zofia uniosła brew.

– To nie wyścigi, Grażyno.

– Oczywiście, że nie! Ale ja jestem matką Iwony!

Czułam, jak wzbiera we mnie panika. Chciałam krzyczeć, żeby przestały. Chciałam uciec z tego mieszkania na warszawskim Ursynowie i schować się gdzieś z Leną, gdzie nikt nie będzie mnie rozdzierał na pół.

Paweł wszedł do pokoju i spojrzał na mnie bezradnie.

– Może… może ustalimy grafik? – zaproponował nieśmiało.

Obie kobiety spojrzały na niego z pogardą.

– Grafik?! – wykrzyknęły jednocześnie.

Wtedy Lena zaczęła płakać. To był jedyny dźwięk, który mógł je uciszyć. Wzięłam ją na ręce i wyszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę. Łzy płynęły mi po policzkach.

„Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?” – myślałam. „Dlaczego nie mogą po prostu być tu dla mnie?”

W łazience panowała cisza. Lena przestała płakać i patrzyła na mnie wielkimi oczami. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo – Grażyna zawsze była silna, stanowcza, czasem aż za bardzo. Zofia – chłodna i zdystansowana, ale kiedyś uratowała mnie przed upadkiem ze schodów podczas rodzinnej wigilii. Obie kochały mnie na swój sposób.

Wróciłam do pokoju. Obie babcie siedziały naprzeciwko siebie w milczeniu. Paweł stał przy oknie i udawał, że patrzy na parking.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.

Grażyna spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Iwona…

– Mamo! – przerwałam jej stanowczo. – To jest mój dom i moje dziecko. Potrzebuję was obu, ale nie mogę być między młotem a kowadłem. Jeśli nie potraficie się dogadać…

Zofia westchnęła ciężko.

– Ja tylko chcę pomóc…

– Ja też – dodała Grażyna ciszej.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Lena znów zaczęła marudzić.

– Może… może spróbujemy razem? – zaproponowałam niepewnie.

Obie spojrzały na siebie z niechęcią.

– Dobrze – powiedziała w końcu Zofia. – Ale ja robię kolację.

Grażyna przewróciła oczami.

– A ja kąpię Lenę.

Uśmiechnęłam się przez łzy. To był pierwszy krok.

Wieczorem siedziałyśmy we trzy w kuchni. Zofia kroiła warzywa do sałatki jarzynowej, Grażyna podgrzewała mleko dla Leny. Rozmawiały o przepisach i o tym, jak to było za ich czasów. Przez chwilę poczułam spokój.

Ale następnego dnia wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

– Iwona, twoja matka zostawiła brudne naczynia w zlewie – poskarżyła się Zofia szeptem.

– Iwona, Zofia nie umie dobrze przewinąć Leny! – narzekała Grażyna.

Czułam się jak mediator w sądzie rodzinnym. Każdy dzień był walką o drobiazgi: kto pierwszy weźmie Lenę na spacer, kto zrobi jej zdjęcie do albumu, kto wybierze ubranko na wyjście do przychodni.

Pewnego wieczoru usiadłam z Pawłem na kanapie.

– Nie dam rady tak dłużej – powiedziałam cicho. – Czuję się jak dziecko rozwiedzionych rodziców.

Paweł objął mnie ramieniem.

– Może powinniśmy im powiedzieć prawdę? Że nas to niszczy?

Zebrałam się na odwagę następnego dnia rano. Obie babcie siedziały przy stole w kuchni – Grażyna z kawą, Zofia z herbatą.

– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam drżącym głosem. – Wasz konflikt sprawia mi ból. Zamiast cieszyć się Leną, czuję tylko stres i smutek. Proszę was… jeśli naprawdę mnie kochacie i chcecie dobra dla Leny… musicie przestać walczyć o pierwszeństwo.

Grażyna spuściła wzrok. Zofia odwróciła głowę do okna.

– Przepraszam – powiedziała cicho moja mama po dłuższej chwili. – Chyba za bardzo chciałam być potrzebna…

Zofia pokiwała głową.

– Ja też… Może powinnam była odpuścić…

Łzy napłynęły mi do oczu. Po raz pierwszy zobaczyłam je tak bezbronne i ludzkie.

Od tamtej pory było lepiej. Nie idealnie – czasem jeszcze kłóciły się o drobiazgi, ale już nie tak zaciekle. Zaczęły nawet razem chodzić z Leną na spacery po parku przy Dolince Służewieckiej. Czasem śmiały się razem ze swoich błędów wychowawczych sprzed lat.

Dziś Lena ma już pół roku i obie babcie są dla niej najważniejsze na świecie. A ja? Wciąż uczę się być matką i córką jednocześnie.

Czasem patrzę na Grażynę i Zofię i zastanawiam się: czy my wszyscy potrafimy kochać bez walki o pierwszeństwo? Czy naprawdę musimy ranić tych, których kochamy najbardziej?