Wilczyca pod moim progiem: Opowieść o trzech wilkach i jednej zimie

Śnieg skrzypiał pod moimi butami, gdy wychodziłem z leśniczówki. Była głęboka noc, a ciszę przerywał tylko wiatr i… coś jeszcze. Skomlenie? Przetarłem oczy, bo nie wierzyłem własnym uszom. Przed płotem, tuż pod moim progiem, siedziała wilczyca. Wychudzona tak, że żebra odznaczały się pod szarą sierścią. Nie warczała, nie pokazywała kłów — patrzyła na mnie wielkimi, bursztynowymi oczami, w których nie było już strachu, tylko rezygnacja i ból.

— Co ty tu robisz, dziewczyno? — szepnąłem, choć wiedziałem, że nie odpowie. Ale ona przekrzywiła łeb, jakby rozumiała każde słowo.

Przez chwilę stałem jak sparaliżowany. W głowie miałem głos ojca: „Wilk to dzikie zwierzę, Stanisławie. Nigdy nie ufaj wilkowi”. Ale przecież nie mogłem jej zostawić. Zima była sroga nawet dla ludzi, a co dopiero dla samotnej wilczycy.

Wróciłem do domu po kawałek mięsa — resztki po kolacji. Ostrożnie rzuciłem je przez płot. Wilczyca podeszła powoli, z wahaniem. Zjadła łapczywie, ale nie uciekła. Przez kilka minut patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Potem zniknęła w ciemności.

Następnego ranka znalazłem ślady łap wokół domu. Przez kolejne dni wilczyca wracała — zawsze po zmroku, zawsze cicho. Zacząłem zostawiać jej jedzenie przy płocie. Sąsiedzi zaczęli coś podejrzewać.

— Stanisław, słyszałem, że wilki kręcą się koło twojego domu — zagadnął mnie sąsiad Janek przy sklepie. — Nie boisz się? Przecież to bestie!

— To tylko jedno zwierzę — odpowiedziałem wymijająco. — Może zgłodniało.

Janek pokręcił głową z niedowierzaniem. W wiosce plotki rozchodzą się szybciej niż ogień po suchych trawach.

Zimą samotność doskwiera bardziej niż zwykle. Moja żona zmarła pięć lat temu, dzieci wyjechały do miasta. Zostałem sam z lasem i wspomnieniami. Może dlatego tak łatwo przyszło mi współczuć tej wilczycy.

Pewnej nocy obudziło mnie wycie — długie, przeciągłe, przeszywające ciszę. Wyszedłem przed dom i zobaczyłem ją znowu. Ale tym razem nie była sama. Obok niej stały dwa młode wilki — szczenięta, ledwo odstawione od matki.

Serce mi zamarło. Wiedziałem, że jeśli ktoś zobaczy całą watahę pod moim domem, będę miał kłopoty.

— Co ja mam z wami zrobić? — spytałem cicho.

Wilczyca spojrzała na mnie błagalnie. Młode były jeszcze bardziej wychudzone niż ona. Zrozumiałem wtedy: ona nie prosiła o pomoc dla siebie, tylko dla nich.

Przez kolejne tygodnie opiekowałem się nimi w tajemnicy. Przynosiłem jedzenie, pilnowałem, żeby nikt ich nie zobaczył. Ale wieś nie śpi.

Pewnego dnia do moich drzwi zapukał sołtys z dwoma mężczyznami.

— Stanisławie, ludzie mówią, że dokarmiasz wilki. To niebezpieczne! Dzieci chodzą do szkoły przez las!

— To tylko matka z młodymi — próbowałem tłumaczyć. — One nikomu nie zrobią krzywdy.

— Nie możesz tego wiedzieć! — krzyknął jeden z mężczyzn. — Jeśli coś się stanie, to twoja wina!

Czułem się jak przestępca we własnym domu. Przez całą noc nie mogłem zasnąć. Czy naprawdę robię źle? Czy powinienem był pozwolić im umrzeć z głodu?

Następnego dnia ślady wilków zniknęły. Przez kilka dni nie pojawiały się pod moim domem. Myślałem, że odeszły na zawsze albo… ktoś je odstrzelił.

Ale pewnej nocy usłyszałem znajome skomlenie pod oknem. Wyszedłem na ganek i zobaczyłem wilczycę — była silniejsza niż wcześniej, sierść lśniła w świetle księżyca. Obok niej stały dwa dorosłe już wilki.

Wilczyca podeszła bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Spojrzała mi prosto w oczy i… położyła przed moimi stopami coś błyszczącego — stary srebrny pierścień, który zgubiłem wiele lat temu podczas pracy w lesie.

Zaniemówiłem ze zdumienia. Jak to możliwe? Czy to przypadek? Czy może wdzięczność?

Wilki odeszły w ciemność, a ja zostałem z pierścieniem w dłoni i tysiącem pytań w głowie.

Od tamtej pory już nigdy ich nie widziałem. Ale za każdym razem, gdy patrzę na ten pierścień, przypominam sobie tamtą zimę i tę niezwykłą noc.

Czy zrobiłem dobrze? Czy można ufać dzikiej naturze bardziej niż ludziom? A może to my powinniśmy uczyć się od zwierząt wdzięczności i lojalności?