Wyrzucona z własnego życia: „Nie jesteś matką, tylko przekleństwem” – Mój upadek i walka o syna

– Wynoś się! – krzyknął Michał, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam na środku naszego salonu, jeszcze w kapciach, z rozmazanym tuszem pod oczami i sercem bijącym jak oszalałe. – To przez ciebie Bartek jest chory! Ty go zaraziłaś, ty go zaniedbałaś! – wrzeszczał dalej, a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa.

Bartek miał wtedy siedem lat. Od kilku tygodni gorączkował, lekarze nie mogli znaleźć przyczyny. Michał był coraz bardziej nerwowy, a ja coraz bardziej bezradna. Ale nigdy nie sądziłam, że to wszystko obróci się przeciwko mnie.

– Mamo, gdzie idziesz? – zapytał cicho Bartek, kiedy pakowałam do torby kilka rzeczy. Michał stał w drzwiach i patrzył na mnie z nienawiścią. – Nie jesteś matką, tylko przekleństwem! – syknął przez zęby. Bartek rozpłakał się, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka.

Wyszłam. Bez słowa. Bez siły na walkę. Zostawiłam za sobą wszystko – dom, syna, życie. Na klatce schodowej minęła mnie sąsiadka pani Zofia. Spojrzała na mnie z pogardą i szepnęła do kogoś przez telefon: „W końcu ją wyrzucił. Dobrze jej tak”.

Przez pierwsze dni spałam u koleżanki z pracy, Magdy. Ale nawet ona patrzyła na mnie podejrzliwie. – Coś musiałaś przeskrobać, skoro Michał cię wyrzucił… On zawsze taki spokojny… – mówiła półgłosem do swojego męża. Czułam się jak trędowata.

Matka zadzwoniła tylko raz: – Co ty narobiłaś? Wstyd na całą rodzinę! Ojciec nie chce cię widzieć. Lepiej nie przyjeżdżaj.

Zostałam sama. Bez dachu nad głową, bez pieniędzy, bez wsparcia. Najgorsze było jednak to, że nie mogłam zobaczyć Bartka. Michał nie odbierał telefonów, nie wpuszczał mnie do mieszkania. Próbowałam pod szkołą, ale nauczycielki patrzyły na mnie jak na wariatkę.

Pewnego dnia zobaczyłam Bartka przez ogrodzenie szkolnego boiska. Stał sam, skulony, patrzył w ziemię. Chciałam do niego podejść, ale wtedy pojawiła się wychowawczyni i odciągnęła go do środka. Poczułam się jak duch.

Zaczęły się plotki. W pracy szefowa zaprosiła mnie na rozmowę: – Pani Aniu, musimy rozważyć pani dalsze zatrudnienie… Sytuacja osobista wpływa na atmosferę w zespole…

Nie spałam nocami. W głowie miałam tylko jedno pytanie: co zrobiłam źle? Czy naprawdę jestem winna chorobie własnego dziecka? Czy jestem złą matką?

Po miesiącu dostałam pismo z sądu – Michał wniósł o ograniczenie moich praw rodzicielskich. W uzasadnieniu napisał: „Matka zaniedbała dziecko, naraziła je na utratę zdrowia”.

Pamiętam dzień rozprawy jak przez mgłę. Michał przyszedł z adwokatem i teściową. Ja byłam sama. Sędzia patrzył na mnie surowo:
– Czy przyznaje się pani do zaniedbań?
– Nie… Ja… Ja robiłam wszystko, co mogłam…
– Proszę konkretnie!
Nie umiałam odpowiedzieć. Głos mi się łamał.

Po rozprawie Michał podszedł do mnie i wysyczał:
– Już nigdy go nie zobaczysz.

Wróciłam do pustego pokoju u Magdy i rozpłakałam się jak dziecko. Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat: praca, sen, płacz. Czasem myślałam o tym, żeby po prostu zniknąć.

Ale pewnego dnia zadzwoniła do mnie pielęgniarka ze szpitala dziecięcego:
– Pani Anno, Bartek jest u nas na oddziale. Może pani przyjść.

Pobiegłam tam bez tchu. Bartek leżał blady na łóżku, pod kroplówką. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się słabo:
– Mamo…

Pielęgniarka spojrzała na mnie ze współczuciem:
– On cały czas o pani mówi.

Usiadłam przy jego łóżku i trzymałam go za rękę całą noc. Michał przyszedł rano i zrobił awanturę:
– Wynoś się stąd! Nie masz prawa tu być!
Ale Bartek wtulił się we mnie i powiedział cicho:
– Chcę być z mamą.

Lekarze w końcu postawili diagnozę: rzadka choroba autoimmunologiczna, niezależna od opieki czy higieny. Michał zbladł, gdy to usłyszał.

Sąd po kilku miesiącach przywrócił mi prawa rodzicielskie i orzekł opiekę naprzemienną. Ale nic już nie było takie samo. Rodzina nie przeprosiła, sąsiedzi nadal patrzyli spode łba.

Bartek wraca powoli do zdrowia. Ja próbuję odbudować swoje życie kawałek po kawałku. Czasem pytam siebie: czy można wybaczyć tym, którzy cię skrzywdzili najbardziej? Czy matka może być naprawdę szczęśliwa po takim upokorzeniu?

Może wy też znacie podobne historie? Co byście zrobili na moim miejscu?