Czy naprawdę jestem tylko „tą od roboty”? Moja rodzina traktuje mnie jak obcą, ale oczekuje poświęceń
– Znowu ty? – głos mojej mamy przeszył ciszę w kuchni, gdy weszłam z torbami pełnymi zakupów. – Mogłaś chociaż zadzwonić, że będziesz później. Ojciec czekał na obiad.
Zacisnęłam zęby. To nie pierwszy raz, kiedy byłam winna wszystkiemu, nawet temu, na co nie miałam wpływu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić torby na podłogę i wyjść, ale wiedziałam, że wtedy usłyszę: „Taka jesteś niewdzięczna, tylko o sobie myślisz”.
Od dziecka czułam się w tej rodzinie jak ktoś obcy. Mam na imię Agnieszka. Jestem najstarsza z trójki rodzeństwa – potem jest Tomek i Ola. Tomek zawsze był oczkiem w głowie mamy. Ola, najmłodsza, potrafiła rozczulić wszystkich jednym spojrzeniem. Ja? Ja byłam tą od roboty. Tą, która miała pomóc w lekcjach, ugotować obiad, posprzątać po wszystkich. Kiedy miałam 12 lat i zachorowałam na anginę, mama powiedziała: „Nie przesadzaj, każdy czasem ma gorączkę. Zrób herbatę Tomkowi, bo się uczy”.
Przez lata próbowałam zasłużyć na uwagę. Przynosiłam świadectwa z czerwonym paskiem, pomagałam w domu, rezygnowałam z wyjść z koleżankami, żeby przypilnować Oli, gdy rodzice szli do znajomych. Ale nigdy nie usłyszałam: „Dziękuję”. Zawsze było: „Mogłaś lepiej”, „Tomek miał lepszą ocenę”, „Ola jest taka grzeczna”.
Kiedy poszłam na studia do Warszawy, poczułam ulgę. Wreszcie mogłam być sobą. Ale nawet wtedy telefon dzwonił co drugi dzień:
– Agnieszka, przyjedź na weekend, bo trzeba pomóc babci.
– Agnieszka, Tomek ma problem z matematyką, możesz mu wytłumaczyć?
– Agnieszka, Ola się źle czuje, może ją odwiedzisz?
Nigdy nie dzwonili zapytać: „Jak się czujesz?” albo „Czy czegoś potrzebujesz?”.
Pamiętam jeden szczególny dzień. Była Wigilia. Przyjechałam prosto z pracy, zmęczona i głodna. W kuchni już wrzało – mama krzyczała na Olę za przypaloną zupę grzybową, Tomek siedział przy stole z telefonem.
– Agnieszka! – usłyszałam. – Zrób makowiec, bo zapomniałam kupić gotowego.
– Mamo, jestem po pracy…
– Każdy pracuje! – przerwała mi ostro. – Ola jest chora, Tomek ma ważne sprawy.
Spojrzałam na Tomka – grał w jakąś grę. Ola rzeczywiście wyglądała blado.
Zrobiłam makowiec. Potem sprzątałam po kolacji. Gdy wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, siedziałam sama przy stole i patrzyłam na choinkę. Poczułam łzy pod powiekami.
Wtedy przyszedł tata.
– Co ty tu jeszcze robisz? – zapytał bez cienia czułości.
– Chciałam chwilę odpocząć.
– Odpoczniesz sobie w swoim mieszkaniu – rzucił i wyszedł.
To był moment przełomowy. Wróciłam do Warszawy i przez kilka tygodni nie odbierałam telefonów od rodziny. Czułam się winna – bo przecież „rodzina to świętość”, „trzeba pomagać”, „nie wolno zostawiać bliskich”. Ale czy ja byłam dla nich bliska?
Po miesiącu zadzwoniła mama.
– Agnieszka, co się z tobą dzieje? Ola ma maturę za tydzień, a ty nawet nie zapytasz?
– Mamo… czy ty kiedyś pytasz mnie o coś? Czy ja dla was w ogóle jestem kimś więcej niż pomocą domową?
Zapadła cisza.
– Nie przesadzaj – powiedziała w końcu chłodno. – Każdy ma swoje obowiązki.
– Ale ja nie chcę już być tylko od obowiązków! – krzyknęłam przez łzy.
Rozłączyła się bez słowa.
Przez kolejne tygodnie miałam wyrzuty sumienia. Dzwoniła babcia:
– Agusia, nie gniewaj się na mamę… Ona ma ciężko.
Ale nikt nie pytał, jak ja się czuję.
W pracy zaczęłam rozmawiać o tym z koleżanką, Kasią.
– Musisz postawić granice – powiedziała stanowczo. – Inaczej nigdy się to nie zmieni.
Bałam się. Bałam się być egoistką. Bałam się stracić rodzinę – nawet jeśli nigdy jej tak naprawdę nie miałam.
W końcu postanowiłam spróbować. Kiedy zadzwonili z prośbą o pomoc przy remoncie mieszkania babci, powiedziałam:
– Przykro mi, ale mam swoje plany na weekend.
Mama była oburzona:
– Jak możesz?! Babcia liczy na ciebie!
– Mamo… a może Tomek albo Ola?
– Tomek pracuje! Ola studiuje!
– Ja też pracuję i studiowałam…
Nie odpowiedziała.
Przez kilka tygodni panowała cisza. Potem przyszły święta Wielkanocne. Dostałam SMS-a:
„Jeśli chcesz przyjechać – przyjedź. Ale nie licz na specjalne traktowanie.”
Pojechałam mimo wszystko. Chciałam zobaczyć babcię.
W domu było chłodno. Mama ledwo powiedziała „cześć”, tata udawał, że mnie nie widzi. Ola spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Myślałyśmy, że już ci nie zależy.
Usiadłyśmy w kuchni.
– Ola… czy ty kiedyś musiałaś rezygnować ze swoich planów dla rodziny?
Wzruszyła ramionami.
– Mama zawsze mówiła, że ty jesteś najstarsza i powinnaś pomagać.
Poczułam gulę w gardle.
Babcia przytuliła mnie mocno:
– Dziecko… czasem trzeba zadbać o siebie. Ja też całe życie byłam tą od roboty…
Po świętach wróciłam do Warszawy z poczuciem pustki i ulgi jednocześnie. Zaczęłam chodzić na terapię. Uczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy. Zaczęłam spotykać się ze znajomymi, wyjeżdżać na weekendy bez tłumaczenia się komukolwiek.
Rodzina długo miała mi to za złe. Ale powoli zaczęli rozumieć, że nie mogą już liczyć na mnie zawsze i wszędzie. Mama czasem dzwoni zapytać o zdrowie – krótko i rzeczowo, ale to już coś nowego.
Czasem myślę: czy naprawdę jestem egoistką? Czy mam prawo do własnego życia? A może rodzina to tylko obowiązek i poświęcenie? Jak wy to widzicie?