„Oddaj mi swoją córkę na chwilę, a sprawię, że znów stanie na nogi” – historia chłopca z ulicy, która wstrząsnęła całą Warszawą

– Zostaw ją! – głos pana Andrzeja rozdarł powietrze niczym bicz. Stałem na środku podjazdu przed jego willą na Saskiej Kępie, brudny, głodny i zdeterminowany. Zosia siedziała w wózku, blada jak ściana, z oczami pełnymi łez.

– Proszę pana… ja tylko chcę się z nią pobawić. Przysięgam, nie zrobię jej krzywdy! – głos mi się łamał, ale nie mogłem się cofnąć. Wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę, Zosia już nigdy nie wstanie z tego wózka.

Pan Andrzej odsunął się od córki tylko po to, by stanąć przede mną jak tarcza. – Moja córka jest chora. Nie możesz się do niej zbliżać. Nie chcę, żeby złapała coś od ciebie. Lekarze mówią, że tylko te leki mogą jej pomóc.

Zosia ścisnęła pudełko z tabletkami tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. – Tato… ale dlaczego czuję się coraz gorzej? Dlaczego nie mogę już nawet ruszyć nogami?

W oczach pana Andrzeja pojawiły się łzy. – Kochanie… czasem leczenie jest trudniejsze niż sama choroba. Musisz być dzielna.

Wtedy zza drzwi wybiegła ona – pani Renata, macocha Zosi. Jej głos był jak syczenie żmii:

– Wynocha stąd! Jeszcze raz zobaczę cię przy naszej córce, to zadzwonię na policję! Przez takich jak ty dzieci zdrowe trafiają do szpitala!

Zacisnąłem pięści. – Nie jestem zarazą! Chcę tylko pomóc Zosi!

Renata splunęła pod nogi. – Pomóc? Ty? Chłopak bez domu i rodziny? Lepiej by było, gdybyś nigdy się tu nie pojawił!

Pan Andrzej spojrzał na mnie z bólem. – Idź już, chłopcze. Jeśli naprawdę chcesz jej pomóc… po prostu zniknij.

Zosia patrzyła na mnie błagalnie. Widziałem w jej oczach strach i nadzieję. Nie mogłem odejść. Nie po tym wszystkim.

***

Kiedyś było inaczej. Pamiętam dzień, gdy Zosia podarowała mi własnoręcznie zrobioną bransoletkę z muliny.

– To na twoje urodziny! – śmiała się wtedy. – Żebyś zawsze pamiętał, że masz przyjaciela.

Tamten dzień był jednym z nielicznych, kiedy czułem się kimś ważnym. Ale potem wszystko się zmieniło. Najpierw choroba Zosi, potem jej zamknięcie w domu i coraz więcej leków… aż w końcu przestała chodzić.

Zacząłem nocować w starej altanie za domem państwa Nowaków. Często głodny i przemarznięty, ale blisko niej. Czasem słyszałem przez okno jej płacz.

Pewnego dnia znalazłem w śmietniku przed willą stertę pustych opakowań po lekach. Zdziwiło mnie to – przecież Zosia zaczęła je brać dopiero niedawno, a tu całe worki! Coś tu nie grało.

Zebrałem jedno pudełko i schowałem do kieszeni. Musiałem dowiedzieć się więcej.

***

Następnego ranka zobaczyłem karetkę pod domem Zosi. Wynieśli ją na noszach – była nieprzytomna. Pobiegłem ile sił w nogach za karetką do szpitala dziecięcego na Litewskiej.

Nie wpuszczono mnie do środka. Siedziałem pod murem szpitala przez całą noc, aż w końcu zasnąłem z głodu i wycieńczenia.

Obudził mnie dotyk czyjejś ręki.

– Kuba? – usłyszałem cichy głos Zosi.

Otworzyłem oczy – była przy mnie! Uśmiechała się słabo, ale żyła!

– Jak…? – wyszeptałem.

– Tata cię znalazł przed szpitalem i zabrał do środka. Byłeś nieprzytomny przez dwa dni… Ale już jest lepiej. Tata chce z tobą porozmawiać.

Pan Andrzej wszedł do sali. Tym razem nie było w nim gniewu – tylko zmęczenie i troska.

– Kuba… Zosia powiedziała mi wszystko o waszej przyjaźni. I o tym pudełku po lekach, które znalazłeś. Pokazałem je lekarzom… Okazało się, że ktoś podrzucał nam podrobione leki! To one ją truły!

Zaniemówiłem.

– Renata… – głos mu się załamał – ona… ona współpracowała z lekarzem, który chciał przejąć nasz majątek po śmierci Zosi… Wszystko przez pieniądze…

Zosia zaczęła płakać cicho. Przytuliłem ją mocno.

Pan Andrzej ukląkł przy nas i objął nas oboje.

– Przepraszam cię, Kuba. Byłem ślepy… Gdyby nie ty… Gdyby nie twoja upartość i serce…

***

Renata i skorumpowany lekarz trafili do aresztu. Zosia powoli wracała do zdrowia – po kilku miesiącach rehabilitacji zrobiła pierwszy krok sama! Pan Andrzej adoptował mnie oficjalnie – dostałem dom i rodzinę.

Dziś razem z Zosią pomagamy innym dzieciom po przejściach. Ona została lekarką neurologiem; ja prowadzę fundację dla bezdomnych dzieciaków.

Często wracam myślami do tamtego dnia pod willą na Saskiej Kępie. Czy gdybym wtedy odszedł… czy Zosia by przeżyła? Czy ktoś inny miałby tyle odwagi co ja?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto walczyć o prawdę nawet wtedy, gdy wszyscy są przeciwko wam?