Głodny chłopiec, dobry nauczyciel – i siedem lat później wszystko się zmienia
Już od rana czułem, że ten dzień będzie inny. W powietrzu wisiała wilgoć, a śnieg topniał na brudnych chodnikach osiedla w Łodzi. Wszedłem do szkolnej stołówki, gdzie byłem nauczycielem matematyki od ponad dwudziestu lat. Zawsze siadałem w tym samym kącie, z kubkiem kawy i zeszytem do sprawdzania. Ale tego dnia nie mogłem się skupić. Zauważyłem chłopca – nie był moim uczniem, nie kojarzyłem go z żadnej klasy. Stał przy automacie z jedzeniem, wpatrzony w swoje dłonie, które ściskały kilka drobnych monet.
– Przepraszam, młody człowieku – odezwałem się, podchodząc do niego. – Pomóc ci?
Chłopak spojrzał na mnie nieufnie. Miał na sobie cienką kurtkę, a jego policzki były sine od zimna.
– Automat nie przyjmuje moich pieniędzy – wymamrotał. – Ale to nic…
Widziałem, że kłamie. W jego oczach czaił się głód i wstyd. Bez słowa wyciągnąłem portfel i kupiłem mu bułkę oraz herbatę. Zaprosiłem go do swojego stolika.
– Jak masz na imię? – spytałem.
– Szymon – odpowiedział cicho.
Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że mieszka z matką i młodszą siostrą na Bałutach. Ojciec odszedł, matka pracuje na dwie zmiany w sklepie. Często nie mają na rachunki, a o ciepłym obiedzie mogą tylko pomarzyć.
– Dlaczego nie zgłosisz się do pedagoga? – zapytałem.
Szymon wzruszył ramionami.
– Mama mówi, żeby nikomu nie mówić. Bo nas zabiorą…
Zamilkłem. Wiedziałem, jak działa system. Czasem pomoc oznaczała rozłąkę z rodziną. Postanowiłem działać ostrożnie.
Od tego dnia codziennie przynosiłem mu kanapki i coś słodkiego dla siostry. Nie pytał o nic, tylko dziękował szeptem. Po kilku tygodniach przestał przychodzić. Martwiłem się, ale nie miałem jak go odnaleźć.
Minęły lata. Moje życie powoli się rozpadało. Żona odeszła do innego mężczyzny, syn wyjechał do Anglii i kontaktował się rzadko. Zostałem sam w trzypokojowym mieszkaniu na Retkini. Emerytura ledwo starczała na leki i czynsz. Czasami odwiedzała mnie sąsiadka pani Halina, ale poza tym byłem sam jak palec.
Pewnego styczniowego wieczoru usłyszałem pukanie do drzwi. Było już po dwudziestej, a ja siedziałem w szlafroku przed telewizorem, popijając zimną herbatę.
– Kto tam? – zapytałem przez drzwi.
– Pan Marian Kaczmarek? – odezwał się młody głos.
Otworzyłem ostrożnie. Przede mną stał wysoki chłopak w eleganckim płaszczu i z torbą pełną zakupów.
– Nie wiem, czy pan mnie pamięta… Jestem Szymon. Szymon Majewski.
Zaniemówiłem. Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu.
– Szymon… ten z automatu?
Uśmiechnął się szeroko.
– Tak, ten sam. Przez lata szukałem pana adresu. Pomógł mi pan wtedy…
Zaprosiłem go do środka. Szymon rozpakował zakupy: chleb, mleko, ser, mięso, nawet ciasto drożdżowe.
– Nie trzeba było…
– Musiałem – przerwał mi stanowczo. – Gdyby nie pan… Moja mama zachorowała wtedy na zapalenie płuc. Dzięki tym kanapkom i herbacie mieliśmy siłę przetrwać najgorsze dni. Potem trafiliśmy do programu pomocy społecznej, ale to pan był pierwszą osobą, która nas zauważyła.
Usiedliśmy przy stole. Szymon opowiedział mi swoją historię: jak skończył technikum gastronomiczne, dostał stypendium i pracuje teraz jako kucharz w dobrej restauracji w centrum miasta. Pomaga matce i siostrze, która studiuje pedagogikę.
– Chciałem panu podziękować – powiedział cicho. – I pomóc…
Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Przez chwilę milczeliśmy.
Następnego dnia Szymon wrócił z naręczem zakupów i nowym czajnikiem elektrycznym.
– Nie mogę tego przyjąć…
– Może pan – uśmiechnął się łagodnie. – Pan nauczył mnie, że dobro wraca.
Z czasem nasze spotkania stały się regularne. Szymon przychodził co tydzień, czasem z siostrą Anią lub mamą panią Beatą. Przynosili jedzenie, pomagali sprzątać mieszkanie, naprawili cieknący kran.
Pewnego dnia zadzwonił mój syn z Anglii.
– Tato, słyszałem od sąsiadki, że ktoś ci pomaga? Kim on jest?
Opowiedziałem mu całą historię.
– Może powinieneś bardziej liczyć na rodzinę niż na obcych – rzucił chłodno.
Poczułem ukłucie żalu.
– Rodzina to nie tylko więzy krwi – odpowiedziałem spokojnie. – Czasem los daje ci kogoś zupełnie niespodziewanego.
Syn milczał przez chwilę.
– Może masz rację… Przepraszam, tato.
Po tej rozmowie zaczął dzwonić częściej. Nawet zapowiedział wizytę na Wielkanoc.
Wkrótce potem pojawiły się plotki w bloku: „Kto to ten młody? Pewnie chce wyciągnąć od pana Mariana pieniądze!”
Pani Halina przyszła do mnie zaniepokojona:
– Panie Marianie, uważać trzeba! Teraz tyle oszustów…
Roześmiałem się gorzko.
– Pani Halino, gdyby wszyscy byli tacy jak Szymon… świat byłby lepszy.
Wiosną zachorowałem na grypę i przez tydzień leżałem bez sił. Szymon przynosił mi rosół i leki z apteki. Pewnego dnia usiadł przy moim łóżku i powiedział:
– Gdyby nie pan… nie wiem, gdzie bym dziś był. Chciałbym się panu odwdzięczyć na zawsze.
Spojrzałem mu w oczy i poczułem coś dziwnego: dumę i wdzięczność jednocześnie.
Dziś wiem jedno: jeden gest potrafi zmienić czyjeś życie – czasem nawet dwa życia naraz. Czy naprawdę doceniamy te małe chwile dobroci? Czy potrafimy zauważyć drugiego człowieka zanim będzie za późno?