Kiedy mój mąż stracił pracę, a jego matka odmówiła pomocy – dziś to my musimy walczyć o jej zdrowie. Czy powinniśmy jej wybaczyć?

– Marta, nie możemy jej tak po prostu zostawić – Piotr patrzył na mnie z rozpaczą w oczach, ściskając w dłoni kartkę z wynikami badań swojej matki.

W kuchni pachniało jeszcze kawą, a za oknem szarzał listopadowy poranek. Siedziałam przy stole, próbując ogarnąć myśli. Przed chwilą wróciliśmy ze szpitala. Lekarz nie owijał w bawełnę: „Stan pani Haliny jest poważny. Potrzebna będzie kosztowna rehabilitacja i stała opieka.”

Przez chwilę milczałam, czując jak narasta we mnie gniew i bezsilność. Przypomniałam sobie tamten dzień sprzed dwóch lat, kiedy Piotr wrócił do domu z wypowiedzeniem. Było lato, dzieci bawiły się na podwórku, a ja szykowałam obiad. Piotr wszedł do kuchni blady jak ściana.

– Marta… zwolnili mnie. Firma upada.

Nie płakał. Nie krzyczał. Po prostu usiadł i patrzył w stół. Przez kolejne tygodnie żyliśmy w zawieszeniu. Oszczędności topniały, a ja próbowałam dorabiać korepetycjami z matematyki. W końcu Piotr zdecydował się poprosić matkę o pomoc.

Pamiętam tę rozmowę jakby to było wczoraj. Pojechaliśmy do niej razem, dzieci zostawiliśmy u sąsiadki.

– Mamo… – zaczął Piotr nieśmiało – mamy trudną sytuację. Czy mogłabyś nam trochę pomóc? Chociaż przez kilka miesięcy?

Pani Halina spojrzała na nas chłodno znad filiżanki herbaty.

– Każdy ma swoje problemy – powiedziała ostro. – Ja też muszę sobie radzić. Nie będę was utrzymywać.

Wyszliśmy stamtąd upokorzeni i rozgoryczeni. Przez kolejne miesiące nie odzywała się do nas prawie wcale. Gdy Piotr znalazł nową pracę, było już za późno na odbudowanie relacji.

A teraz… Teraz to ona potrzebuje nas.

– Marta… – Piotr przerwał moje rozmyślania – wiem, że cię zraniła. Mnie też. Ale to moja matka.

Spojrzałam na niego z bólem.

– A my? Kto nam wtedy pomógł? Pamiętasz, jak musieliśmy pożyczać pieniądze od twojego kuzyna? Jak dzieci pytały, czemu nie jedziemy na wakacje?

Piotr spuścił wzrok.

– Wiem… Ale jeśli jej nie pomożemy, nie będę mógł spojrzeć sobie w twarz.

Wiedziałam, że dla niego to nie tylko kwestia obowiązku syna. To była walka z własnym sumieniem i żalem, którego nigdy nie przepracował.

Wieczorem zadzwoniła moja mama.

– Martuś, słyszałam o Halinie…

– Tak, jest źle – odpowiedziałam cicho.

– Ale pamiętaj, że twoja rodzina to ty i dzieci. Nie możesz wszystkiego brać na siebie.

Westchnęłam ciężko.

– Mamo, Piotr nie potrafi inaczej. On czuje się odpowiedzialny.

– A ona kiedyś poczuła się odpowiedzialna za was?

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że mama ma rację, ale serce podpowiadało mi coś innego.

Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Piotr jeździł do szpitala, ja próbowałam ogarnąć dom i dzieci. Koszty leczenia rosły z każdym tygodniem. Zaczęliśmy sprzedawać rzeczy z piwnicy, potem biżuterię po babci.

Któregoś wieczoru usiedliśmy razem przy stole.

– Marta… jeśli trzeba będzie sprzedać samochód…

– Piotrze! – przerwałam mu z płaczem – przecież my już nie mamy z czego żyć!

On tylko objął mnie ramieniem i długo milczeliśmy.

Pewnej nocy obudził mnie dźwięk telefonu. To był lekarz ze szpitala.

– Pani Marto… stan pani Haliny się pogorszył. Proszę przyjechać jak najszybciej.

Pojechaliśmy razem. W sali panowała cisza przerywana tylko oddechem respiratora. Pani Halina leżała blada i bezbronna jak dziecko.

Piotr usiadł przy łóżku matki i chwycił ją za rękę.

– Mamo… jesteśmy tu – wyszeptał drżącym głosem.

Patrzyłam na nich i czułam, jak pęka we mnie skorupa żalu. Przypomniałam sobie wszystkie święta spędzone razem, jej uśmiech gdy dzieci przynosiły laurki na Dzień Babci…

Następnego dnia lekarz powiedział nam wprost:

– Jeśli chcecie ją ratować, musicie znaleźć pieniądze na specjalistyczną klinikę.

Wróciliśmy do domu wykończeni psychicznie i fizycznie. Dzieci patrzyły na nas z niepokojem.

– Mamo, czy babcia umrze? – zapytała Zosia cicho.

Przytuliłam ją mocno.

– Nie wiem, kochanie… Ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy.

Wieczorem usiedliśmy z Piotrem przy kuchennym stole.

– Marta… jeśli jej nie pomożemy, będę tego żałował do końca życia – powiedział cicho.

Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich ból i determinację.

– Dobrze… Spróbujemy jeszcze raz pożyczyć pieniądze od kuzyna. Może uda się też zorganizować zbiórkę wśród znajomych…

Przez kolejne tygodnie żyliśmy nadzieją i strachem. Każdy dzień był walką o zdrowie pani Haliny i o przetrwanie naszej rodziny. Czasem miałam ochotę wszystko rzucić i uciec daleko stąd. Ale patrząc na Piotra i dzieci wiedziałam, że nie mogę się poddać.

Dziś pani Halina jest już po operacji i powoli wraca do zdrowia. Nasze życie nigdy nie będzie takie samo. Straciliśmy wiele – oszczędności, poczucie bezpieczeństwa… ale może zyskaliśmy coś ważniejszego?

Czasem zastanawiam się: czy warto było wybaczyć? Czy rodzina to tylko więzy krwi, czy coś więcej? Może wy też mieliście podobne dylematy? Jak byście postąpili na moim miejscu?