„Czy anioły mają rejestracje z Warszawy?” – historia o stracie, rodzinie i nadziei na polskim blokowisku

– Magda, nie możesz tak po prostu siedzieć i płakać! – głos mojej matki przebił się przez ścianę ciszy w kuchni. – Kuba potrzebuje cię teraz bardziej niż kiedykolwiek!

Zacisnęłam dłonie na kubku z zimną już herbatą. Słowa mamy odbijały się echem w mojej głowie, ale nie miałam siły odpowiedzieć. Za ścianą, w pokoju dziecięcym, Kuba kaszlał. Ten kaszel był jak zegar odmierzający czas do końca. Każdy atak przypominał mi, że nie mogę już nic zrobić.

– Mamo… – wyszeptałam w końcu. – Ja już nie wiem, jak mu pomóc. Lekarze…

– Lekarze! – przerwała mi z goryczą. – Oni tylko rozkładają ręce. Ale ty jesteś jego matką! Musisz walczyć!

Wtedy drzwi do pokoju Kuby skrzypnęły cicho. Wyszedł mój syn – chudy, blady, z oczami większymi niż kiedykolwiek. Uśmiechnął się do mnie słabo.

– Mamo, czy dzisiaj znowu przyjdzie pan Marek z psem?

Zacisnęło mi się gardło. Marek był naszym sąsiadem z parteru, wdowcem po sześćdziesiątce, który codziennie przyprowadzał Kubie swojego jamnika, żeby choć przez chwilę mógł zapomnieć o szpitalnych zapachach i igłach.

– Pewnie tak, kochanie – odpowiedziałam, starając się brzmieć pogodnie.

Mama przewróciła oczami i wyszła z kuchni. Od miesięcy nasze relacje były napięte jak struna. Ona uważała, że powinnam być silniejsza, bardziej praktyczna. Ja… ja po prostu chciałam przetrwać kolejny dzień.

Kuba wrócił do pokoju. Usiadłam na kanapie i spojrzałam przez okno na szare bloki na warszawskim Bródnie. Kiedyś wydawało mi się, że to miejsce jest duszne i brzydkie. Teraz było całym moim światem.

Telefon zadzwonił nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Dzień dobry, pani Magdo? – usłyszałam głos pielęgniarki z oddziału onkologii dziecięcej. – Chciałam tylko przypomnieć o jutrzejszej wizycie i…

– Tak, będziemy – przerwałam jej szybko. Nie chciałam słuchać kolejnych zaleceń. Wiedziałam już wszystko na pamięć.

Po południu przyszła sąsiadka z naprzeciwka, pani Zosia. Przyniosła ciasto drożdżowe i słoik ogórków.

– Magduniu, trzymaj się – powiedziała cicho. – Jakbyś czegoś potrzebowała…

Uśmiechnęłam się wdzięcznie, choć wiedziałam, że za chwilę jej słowa będą tematem plotek na klatce schodowej.

Wieczorem Kuba poprosił mnie o przeczytanie bajki. Gdy skończyłam, spojrzał na mnie poważnie:

– Mamo… a czy jak umrę, to będziesz za mną tęsknić?

Zamarłam. Łzy napłynęły mi do oczu.

– Kochanie… nie mów tak…

– Ale ja się nie boję – powiedział spokojnie. – Tylko chciałbym, żebyś czasem pomyślała o mnie, jak zobaczysz jamnika albo jak będzie padał deszcz.

Przytuliłam go mocno. W tamtej chwili czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek.

Następnego dnia w szpitalu lekarz prowadzący, dr Nowakowski, spojrzał na mnie z tym swoim wyuczonym współczuciem.

– Pani Magdo… stan Kuby jest bardzo poważny. Proszę być przygotowaną na najgorsze.

Wróciłam do domu jak w transie. Mama czekała w kuchni.

– I co? – zapytała bez ogródek.

– Gorzej…

Usiadła naprzeciwko mnie i pierwszy raz od miesięcy złapała mnie za rękę.

– Przepraszam… – wyszeptała. – Ja też się boję.

Wtedy obie płakałyśmy długo i cicho.

Kilka dni później wydarzyło się coś niezwykłego. Przed blokiem zebrało się kilkanaście osób – sąsiedzi, znajomi Kuby ze szkoły, nawet pani sklepowa z warzywniaka. Ktoś przyniósł balony, ktoś inny gitarę. Marek przyprowadził jamnika i jeszcze dwa inne psy z osiedla.

– To dla Kuby! – krzyknął ktoś.

Kuba patrzył przez okno z niedowierzaniem. Po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłam w jego oczach błysk radości.

Zeszliśmy na dół. Sąsiedzi śpiewali „Sto lat”, dzieciaki puszczały bańki mydlane. Ktoś przyniósł tort z napisem „Jesteś naszym bohaterem”.

Wśród śmiechu i łez poczułam coś dziwnego – wdzięczność. Za to miejsce, za tych ludzi, za to krótkie oderwanie od bólu.

Wieczorem Kuba zasnął spokojnie jak nigdy wcześniej.

Kilka dni później odszedł we śnie. Trzymałam go za rękę do końca.

W domu panowała cisza tak gęsta, że aż bolała w uszach. Mama siedziała przy stole i modliła się szeptem. Marek przyszedł bez słowa i zostawił pod drzwiami rysunek Kuby z jamnikiem.

Pogrzeb był skromny. Przyszli tylko najbliżsi i kilku sąsiadów. Ale kiedy wracałam do domu przez osiedle, zobaczyłam na każdym bloku kartki: „Kuba – nasz bohater”, „Będziemy tęsknić”.

Wieczorem usiadłam na ławce pod blokiem. Obok usiadła mama.

– Wiesz… zawsze myślałam, że ludzie są obojętni – powiedziała cicho. – Ale chyba się myliłam.

Spojrzałam na nią przez łzy.

– Ja też…

Od tamtej pory co roku w dzień urodzin Kuby sąsiedzi zbierają się pod blokiem i puszczają balony do nieba. Marek zawsze przychodzi z jamnikiem i stawia pod drzewem świeczkę.

Często myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy anioły naprawdę mają skrzydła? A może po prostu noszą kurtki przeciwdeszczowe i rejestracje z Warszawy?

Czy Wy też kiedyś spotkaliście takich aniołów w swoim życiu?