Zostałam obca – historia Jadwigi
Stałam przy oknie, ściskając w dłoni kubek zimnej już herbaty. Weronika właśnie wynosiła ostatni karton do samochodu. Jej mąż, Paweł, coś do niej mówił, ale nie słyszałam słów – widziałam tylko ich gesty, szybkie ruchy rąk, spojrzenia pełne porozumienia. Przez szybę docierały do mnie urywki ich śmiechu. Moja córka, moja mała Weronika, która jeszcze niedawno tuliła się do mnie w nocy po złym śnie, dziś była już całkiem dorosła. Miała trzydzieści jeden lat, własne życie, własne decyzje. A ja? Stałam tu, jak cień, jak ktoś obcy.
– Mamo, zostawiłam ci klucze na stole – usłyszałam jej głos za plecami. Odwróciłam się powoli. Stała w progu kuchni, z tym swoim uśmiechem, który zawsze rozjaśniał mi dzień. Ale dziś był inny – trochę niepewny, trochę przepraszający.
– Dziękuję, kochanie – odpowiedziałam cicho. Chciałam powiedzieć coś więcej, zapytać, czy na pewno wszystko zabrała, czy nie potrzebuje jeszcze czegoś ode mnie. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
Weronika podeszła i objęła mnie szybko. Pachniała szamponem i perfumami, które dostała ode mnie na urodziny. Przez chwilę chciałam ją zatrzymać, powiedzieć: „Zostań jeszcze jeden dzień”. Ale wiedziałam, że to niemożliwe.
– Będziemy dzwonić – powiedziała. – I przyjedziemy w przyszłym tygodniu.
Skinęłam głową. Wiem, że będą dzwonić. Ale to już nie będzie to samo.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze. Przeszłam przez pusty korytarz do salonu. Wszędzie ślady po Weronice: zdjęcia na półce, jej ulubiony kubek z kotem na stole, zapomniana apaszka na fotelu. Każdy przedmiot przypominał mi o niej i o tym, jak bardzo się zmieniło.
Nie zawsze było między nami dobrze. Po śmierci męża zostałyśmy same. Weronika miała wtedy piętnaście lat i zamknęła się w sobie. Ja też nie umiałam sobie poradzić z żałobą. Kłóciłyśmy się o drobiazgi: o szkołę, o jej koleżanki, o to, że wracała za późno do domu. Czasem miałam wrażenie, że oddalamy się od siebie z każdym dniem.
Pamiętam jedną z naszych największych kłótni. Było późno, padał deszcz. Weronika przyszła do domu przemoczona i roztrzęsiona. Zaczęłam ją wypytywać: gdzie była, z kim, dlaczego nie odbierała telefonu. Krzyczałam na nią, a ona płakała i krzyczała na mnie. W końcu zamknęła się w swoim pokoju i przez dwa dni prawie się do mnie nie odzywała.
Potem przyszło pojednanie – ciche przeprosiny przy śniadaniu, wspólne zakupy, śmiech przy gotowaniu obiadu. Ale coś już wtedy pękło. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę jej zatrzymać na siłę.
Kiedy poznała Pawła, byłam szczęśliwa i jednocześnie przerażona. Bałam się, że stracę ją na zawsze. Paweł był miły, uprzejmy – taki „idealny zięć”. Ale czułam się przy nim niezręcznie. Jakby między mną a Weroniką pojawiła się niewidzialna bariera.
Ostatnie miesiące były trudne dla nas wszystkich. Weronika i Paweł długo szukali mieszkania. Pomagałam im jak mogłam: jeździłam oglądać lokale, doradzałam przy wyborze mebli. Ale im bliżej było przeprowadzki, tym bardziej czułam się zbędna.
Kilka dni temu pokłóciłyśmy się znowu – tym razem o drobiazg: o to, że Weronika nie chce zabrać starych książek z dzieciństwa. „Mamo, nie mam na to miejsca”, powiedziała zirytowana. „Ale to twoje ulubione bajki!” – upierałam się. „Nie jestem już dzieckiem”, odpowiedziała cicho i wyszła z pokoju.
Dziś te książki leżą na półce i przypominają mi o wszystkim, co minęło.
Wieczorem zadzwoniła sąsiadka – pani Zofia. „Jak się trzymasz?” – zapytała troskliwie. Chciałam odpowiedzieć: „Dobrze”, ale głos mi się załamał.
– Czuję się… obca – wyszeptałam w końcu.
– To minie – powiedziała pani Zofia łagodnie. – Dzieci muszą odejść. Ale wracają.
Czy wracają? Czy naprawdę wracają? Całą noc przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w ciszę domu bez Weroniki.
Następnego dnia postanowiłam zrobić porządki w jej pokoju. Składałam ubrania do pudełek, segregowałam stare zeszyty i zdjęcia z czasów szkolnych. Przy jednym z nich zatrzymałam się dłużej: Weronika uśmiecha się szeroko na tle jeziora w Mazurach. Miałyśmy wtedy wakacje tylko we dwie – pierwszy raz po śmierci męża udało nam się naprawdę odpocząć i być razem bez kłótni.
Łzy napłynęły mi do oczu. Czy byłam dobrą matką? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Może powinnam była częściej mówić jej, jak bardzo ją kocham? Może powinnam była mniej kontrolować?
Wieczorem zadzwonił telefon.
– Mamo? – głos Weroniki był cichy i niepewny.
– Tak?
– Chciałam tylko powiedzieć… Dziękuję za wszystko.
Przez chwilę milczałyśmy obie.
– Ja też ci dziękuję – odpowiedziałam w końcu drżącym głosem.
Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: czasem trzeba pozwolić odejść tym, których kochamy najbardziej. Nawet jeśli boli.
Czy kiedyś przestanę czuć się obca we własnym życiu? Czy nauczę się być szczęśliwa sama ze sobą? Może każda matka musi przejść przez ten moment samotności…