Moja córka prawie urodziła przy kuchence, bo gotowała obiad dla męża: Historia o ślepych priorytetach i rodzinnych ranach

— Mamo, wszystko w porządku, tylko… jeszcze chwilę, muszę doprawić zupę — usłyszałam słaby głos Magdy zza drzwi kuchni. Wbiegłam do jej mieszkania bez pukania, bo coś mnie tknęło. Przez telefon brzmiała dziwnie, a ja, jak każda matka, czułam pod skórą, że coś jest nie tak.

W kuchni zastałam ją zgiętą wpół, opierającą się o blat. Twarz miała bladą jak ściana, a ręce drżały, gdy mieszała w garnku. Na podłodze leżała rozlana woda, a na stole sterta nieposprzątanych naczyń. W salonie, dosłownie kilka metrów dalej, jej mąż Tomek siedział rozparty na kanapie i głośno komentował mecz. Nawet nie odwrócił głowy, gdy weszłam.

— Magda, co ty wyprawiasz?! — krzyknęłam, podbiegając do niej. — Przecież masz skurcze! Kiedy ostatni raz mierzyłaś odstępy?

— Nie chciałam Tomka martwić… Obiecałam mu rosół na kolację — wyszeptała, łapiąc się za brzuch.

W tamtej chwili poczułam gniew i bezsilność. Jak to możliwe, że moja córka, w dziewiątym miesiącu ciąży, gotuje obiad dla faceta, który nawet nie raczy sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku? Z trudem powstrzymałam łzy.

— Tomek! — wrzasnęłam przez łzy. — Twoja żona rodzi! Rusz się wreszcie!

Spojrzał na mnie z irytacją, jakby przeszkadzałam mu w czymś ważnym. — Przecież mówiła, że to jeszcze nie to — burknął.

Zadzwoniłam po karetkę. Magda próbowała protestować, ale nie pozwoliłam jej nawet dokończyć zdania. W drodze do szpitala trzymałam ją za rękę i czułam jej drżenie. W oczach miała strach i… coś jeszcze. Wstyd? Poczucie winy?

W szpitalu lekarze powiedzieli mi później, że gdybyśmy przyjechały pół godziny później, mogłoby być naprawdę źle. Magda urodziła zdrową córeczkę — moją pierwszą wnuczkę. Ale radość mieszała się we mnie z goryczą.

Pamiętam rozmowę z Magdą kilka dni po porodzie. Siedziałyśmy razem przy oknie w szpitalnej sali.

— Mamo… Ja chyba nie umiem być taka jak ty. Ty zawsze byłaś silna, stawiałaś siebie na pierwszym miejscu… Ja ciągle się boję, że jeśli czegoś nie zrobię dla Tomka, to on mnie zostawi.

Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Przecież starałam się wychować ją na niezależną kobietę! Ale czy naprawdę byłam dla niej wzorem? Czy może sama przez lata dawałam przykład poświęcania się dla innych?

Przypomniały mi się wieczory z jej dzieciństwa: ja biegająca między kuchnią a salonem, gotująca obiady na dwa dni naprzód, prasująca koszule jej ojca do późnej nocy. Może właśnie wtedy nauczyła się, że kobieta powinna być zawsze na posterunku?

Tomek odwiedził Magdę dopiero następnego dnia po porodzie. Przyniósł kwiaty i czekoladki, ale widziałam w jego oczach zmęczenie i irytację. Nie zapytał nawet o szczegóły porodu.

— No to co, wracacie niedługo do domu? — rzucił tylko.

Magda uśmiechnęła się blado i skinęła głową. Po jego wyjściu rozpłakała się cicho.

— Mamo… Ja nie wiem, czy dam radę — wyszeptała.

Przez kolejne tygodnie byłam przy niej codziennie. Pomagałam przy małej Zosi, gotowałam obiady i sprzątałam mieszkanie. Tomek wracał późno z pracy i coraz częściej znikał na całe weekendy „do kolegów”. Magda tłumaczyła go przed sobą i mną:

— On musi się odstresować… Praca go wykańcza.

Ale widziałam jej zmęczenie i smutek. Zaczęła zaniedbywać siebie — przestała malować się rano, chodziła w tych samych ubraniach przez kilka dni. Gdy próbowałam z nią rozmawiać o terapii albo o tym, żeby postawiła Tomkowi granice, zamykała się w sobie.

Pewnego dnia usłyszałam ich kłótnię przez uchylone drzwi:

— Magda, ile razy mam ci mówić? Zupa była za słona! Nie możesz choć raz zrobić czegoś dobrze?

— Przepraszam… Po prostu byłam zmęczona…

— Zmęczona? Ty? Siedzisz cały dzień w domu!

Wtedy weszłam do kuchni i spojrzałam mu prosto w oczy:

— Tomek, jeśli jeszcze raz podniesiesz głos na moją córkę przy mnie albo przy wnuczce, przysięgam ci — nie skończyłam zdania. On tylko prychnął i wyszedł trzaskając drzwiami.

Po tej scenie Magda długo milczała. W końcu powiedziała:

— Mamo… Ja już nie wiem kim jestem. Wszystko robię źle.

Przytuliłam ją mocno.

— Jesteś cudowną matką i kobietą. Ale musisz zacząć myśleć o sobie. Inaczej nigdy nie będziesz szczęśliwa.

Dziś minął rok od tamtego wieczoru. Magda zaczęła chodzić na terapię. Powoli odzyskuje siebie — zaczęła znów malować obrazy, które kiedyś kochała tworzyć. Tomek… cóż, ich relacja nadal jest trudna. Ale Magda coraz częściej mówi „nie”.

Często zastanawiam się: gdzie popełniłyśmy błąd jako matki? Czy można nauczyć córkę stawiać siebie na pierwszym miejscu w świecie, który od kobiet oczekuje poświęcenia? A może najważniejsze to być obok i pokazać jej własnym przykładem, że zasługuje na więcej?

Czy wy też macie wrażenie, że czasem nasze córki płacą za nasze wybory? Jak możemy im pomóc odnaleźć własną siłę?