„Nie wszystko złoto, co się świeci” – historia o tym, jak jeden dzień może zmienić całe życie
– Nie masz prawa! – wrzasnęła mama, a jej głos odbił się echem od ścian naszego starego mieszkania na Pradze. – Nie masz prawa decydować za mnie, za nas wszystkich!
Stałem w przedpokoju, z kluczami w dłoni, i czułem, jak pot spływa mi po plecach. Tata siedział przy stole, zaciśnięte pięści opierał o blat. Siostra, Anka, patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby chciała mnie prześwietlić na wylot.
– Muszę to zrobić – powiedziałem cicho. – Nie mogę dłużej udawać, że nic się nie dzieje.
– A co się niby dzieje? – prychnęła mama. – Że ojciec stracił pracę? Że nie mamy na czynsz? Myślisz, że jesteś lepszy, bo masz tę swoją robotę w korpo?
Zacisnąłem zęby. To nie była prawda. Pracowałem w biurze rachunkowym na Mokotowie, ledwo wiążąc koniec z końcem. Ale dla nich byłem tym, który „wyszedł na ludzi”.
– Mamo…
– Nie mów do mnie tym tonem! – przerwała mi. – Wszyscy tu pracujemy, każdy jak umie. A ty… ty chcesz nas sprzedać!
Spojrzałem na tatę. Milczał. Od miesięcy nie był sobą. Odkąd zamknęli jego warsztat samochodowy, chodził jak cień. Czasem znikał na całe dnie, wracał późno, śmierdząc tanim piwem i smutkiem.
– To tylko mieszkanie – szepnąłem. – Możemy zacząć gdzie indziej. Razem.
Anka parsknęła śmiechem.
– Razem? Ty nawet nie wiesz, co to znaczy! Od lat cię tu nie ma! Przychodzisz tylko wtedy, kiedy coś trzeba załatwić albo kogoś pouczyć!
Poczułem, jak coś we mnie pęka. Miała rację. Odkąd skończyłem studia, coraz rzadziej bywałem w domu. Praca, dziewczyna, znajomi… A oni zostali tu, w tej klatce schodowej pachnącej kapustą i wilgocią.
– Przepraszam – powiedziałem nagle. – Naprawdę przepraszam.
Mama spojrzała na mnie zaskoczona. Tata podniósł głowę.
– Synu…
Ale już nie mogłem słuchać. Wybiegłem na klatkę schodową i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
***
Szedłem bez celu przez szare ulice Warszawy. Listopadowy deszcz zacinał mi w twarz. W kieszeni miałem tylko kilka złotych i telefon, który milczał uparcie od tygodni.
W końcu trafiłem do baru mlecznego przy Dworcu Wileńskim. Zamówiłem herbatę i usiadłem przy oknie. Obok mnie siedział starszy facet w poplamionym płaszczu.
– Ciężki dzień? – zagadnął.
Skinąłem głową.
– Rodzina? – dopytał.
– Tak…
Westchnął ciężko.
– Ja już nie mam rodziny. Syn wyjechał do Anglii, żona umarła dwa lata temu. Zostały mi tylko te pierogi i wspomnienia.
Spojrzałem na niego uważniej. Miał łagodne oczy i ręce spracowane jak mój ojciec.
– Przepraszam…
Machnął ręką.
– Nie przepraszaj. Takie życie. Ale powiem ci jedno: nie warto się kłócić o rzeczy. Dom to nie ściany. Dom to ludzie.
Zamilkliśmy na chwilę. Patrzyłem na parującą herbatę i myślałem o mamie, tacie, Ance…
***
Wróciłem do domu późno w nocy. Drzwi były zamknięte na dwa zamki. Zadzwoniłem raz, drugi… Nikt nie otwierał.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Anki.
– Czego chcesz? – odebrała po kilku sygnałach.
– Wpuść mnie…
– Mama nie chce cię widzieć.
Zamilkłem. Po drugiej stronie słyszałem jej płacz.
– Anka…
– Zostaw nas w spokoju – wyszeptała i rozłączyła się.
Usiadłem pod drzwiami jak bezdomny. Przez chwilę miałem ochotę zadzwonić do Magdy – mojej byłej dziewczyny – ale wiedziałem, że to nic nie da.
Noc była długa i zimna.
***
Rano obudził mnie sąsiad z parteru.
– Ej, młody! Co ty tu robisz?
Podniosłem się powoli.
– Pokłóciłem się z rodziną…
Pokręcił głową.
– Idź do roboty, przemyśl wszystko i wróć wieczorem. Rodzina to rodzina – nawet jak cię wkurza.
Poszedłem do biura jak automat. Szefowa spojrzała na mnie krzywo.
– Michał, wyglądasz jak trup. Co się dzieje?
Wzruszyłem ramionami.
– Problemy rodzinne…
Westchnęła.
– Każdy je ma. Ale robota nie poczeka.
Przez cały dzień myślałem tylko o jednym: czy naprawdę chcę sprzedać mieszkanie? Czy to rozwiąże nasze problemy?
Po pracy poszedłem do parku Skaryszewskiego. Usiadłem na ławce i patrzyłem na ludzi spacerujących z psami, dzieci bawiące się w kałużach…
Nagle usiadła obok mnie starsza kobieta z siatką pełną zakupów.
– Przepraszam, młody człowieku… Pomógłby mi pan donieść zakupy do domu?
Skinąłem głową bez słowa.
Szliśmy razem przez kilka ulic. Po drodze opowiedziała mi o swoim mężu, który zmarł rok temu, o synu w Niemczech i o tym, jak bardzo brakuje jej rozmów przy herbacie.
Kiedy dotarliśmy pod jej blok, uśmiechnęła się ciepło.
– Dziękuję panu bardzo. Wie pan… czasem wystarczy jeden dobry uczynek, żeby świat stał się lepszy.
Poczułem coś dziwnego w środku – jakby ktoś zapalił we mnie światło.
***
Wieczorem wróciłem pod dom rodzinny. Tym razem drzwi otworzył tata.
Spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął.
– Chodź do środka…
W kuchni siedziała mama z czerwonymi oczami od płaczu. Anka patrzyła w stół.
Usiadłem naprzeciwko nich i przez chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu zebrałem się na odwagę:
– Przepraszam was wszystkich. Chciałem dobrze… Myślałem, że sprzedaż mieszkania rozwiąże nasze problemy finansowe. Ale wiem już, że dom to nie ściany ani pieniądze. Dom to wy…
Mama zaczęła płakać jeszcze mocniej. Tata objął ją ramieniem.
Anka spojrzała na mnie ze łzami w oczach:
– My też przepraszamy… Bałyśmy się przyszłości bez tego miejsca…
Tata odchrząknął:
– Może spróbujemy razem znaleźć inne rozwiązanie? Może ja znajdę jakąś robotę dorywczą… Michał, ty możesz pomóc mi z papierami… Anka dorabia korepetycjami…
Poczułem ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie.
***
Minęły tygodnie. Nie było łatwo – czasem brakowało nam nawet na rachunki. Ale zaczęliśmy rozmawiać ze sobą inaczej: szczerze i bez udawania.
Tata znalazł pracę jako portier w pobliskiej szkole; mama zaczęła piec ciasta na zamówienie; Anka dostała stypendium; ja awansowałem w pracy dzięki temu, że nauczyłem się rozmawiać z ludźmi…
Czasem jeszcze kłócimy się o drobiazgi: kto wyniesie śmieci albo kto zapomniał kupić mleko. Ale już wiem jedno: dom to ludzie obok mnie – nawet jeśli czasem trudno ich zrozumieć czy wytrzymać ich humory.
Patrzę dziś na naszą rodzinę i myślę: czy musiałem aż tyle stracić, żeby docenić to, co najważniejsze? A wy… kiedy ostatni raz powiedzieliście swoim bliskim „przepraszam” lub „kocham cię”?