Oddałam dom dzieciom i zostałam sama: Moje życie po zdradzie najbliższych
Drzwi zatrzasnęły się za mną z głuchym hukiem, a echo tego dźwięku rozlało się po pustym korytarzu. Stałam z walizką w ręku, patrząc na klatkę schodową w bloku mojej córki, i nagle poczułam się jak intruz we własnym życiu. Nazywam się Jadwiga Kulesza. Mam 68 lat i jeszcze niedawno byłam panią na swoim – w starym, drewnianym domu pod Łomżą, gdzie przez czterdzieści lat tętniło życie, śmiech dzieci, zapach świeżego chleba i ciepło rodzinnych świąt. Teraz jestem tylko dodatkiem do czyjegoś planu dnia.
To nie ja podjęłam decyzję o sprzedaży domu. To dzieci – córka Agnieszka i syn Paweł – przekonywali mnie miesiącami. „Mamo, po co ci taki duży dom? Przecież nie dasz rady sama! Zimą zamarzniesz, latem nie skosisz trawy. Sprzedaj, zamieszkasz u nas, będziemy blisko. Pieniądze podzielimy na wnuki, na twoje leczenie, na lepsze życie.” Wierzyłam im. Wierzyłam, że rodzina to bezpieczeństwo. Że oddając dom, zyskam ciepło i troskę. Jakże się myliłam.
Pamiętam dzień podpisania aktu notarialnego. Siedziałam przy stole w kancelarii, ręce mi drżały. Paweł ściskał mnie za ramię: „Mamo, to dla twojego dobra” – powtarzał. Agnieszka już liczyła w głowie, ile dostanie na remont mieszkania. Nawet nie spojrzeli mi w oczy, gdy podpisywałam dokumenty. A potem – szybkie pakowanie, łzy w oczach sąsiadki pani Zosi: „Jadziu, nie rób tego! Dzieci mają swoje życie, a ty zostaniesz sama!” Nie słuchałam. Chciałam wierzyć, że będzie lepiej.
Pierwsze tygodnie u Agnieszki były jak pobyt w hotelu. „Mamo, tylko nie przeszkadzaj mi rano, bo mam zdalne zebrania” – rzucała przez ramię. Wnuczka Ola zamykała się w pokoju z laptopem i słuchawkami na uszach. Gotowałam obiad, ale nikt nie jadł razem ze mną. „Zostaw na później” – słyszałam codziennie. Wieczorami siedziałam sama przy kuchennym stole, patrząc na światła blokowiska za oknem. Czułam się niewidzialna.
Po miesiącu Agnieszka powiedziała: „Mamo, Paweł też chce cię trochę mieć u siebie. Przecież to sprawiedliwe.” Spakowałam walizkę i pojechałam do syna do Białegostoku. Tam było jeszcze gorzej. Synowa Marta patrzyła na mnie jak na ciężar. „Pani Jadwigo, proszę nie przestawiać rzeczy w kuchni” – upominała mnie już pierwszego dnia. Wnuk Bartek nawet nie powiedział „dzień dobry” – tylko mruknął coś pod nosem i zamknął się w swoim pokoju.
Próbowałam być pomocna: sprzątałam, gotowałam, prasowałam koszule Pawła. Ale czułam narastającą irytację Marty. Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez cienką ścianę:
– Ile ona jeszcze tu będzie? – syczała Marta.
– Przecież to moja matka! – bronił się Paweł.
– Ale ja mam dość! Nie mam prywatności! Nie chcę jej tu!
Leżałam wtedy w łóżku i płakałam w poduszkę jak dziecko. Następnego dnia zaproponowałam, że wrócę do Agnieszki.
Tak zaczęła się moja tułaczka – od jednego dziecka do drugiego. Nigdzie nie miałam swojego kąta. U Agnieszki spałam na rozkładanej kanapie w salonie; u Pawła dostałam mały pokój z oknem na ruchliwą ulicę. Wszędzie czułam się obca.
Najgorsze przyszło zimą. Zachorowałam na grypę – wysoka gorączka, dreszcze, kaszel tak silny, że nie mogłam spać. Agnieszka zostawiła mi herbatę i poszła do pracy. Wieczorem wróciła zirytowana:
– Mamo, musisz się ogarnąć! Ja nie mam czasu latać po lekarzach!
Nikt nie zapytał, czy czegoś potrzebuję. Ola nawet nie zajrzała do mojego pokoju.
Po dwóch tygodniach bycia ciężarem poprosiłam Pawła o zawiezienie do lekarza. W samochodzie milczał całą drogę.
– Mamo, musisz zrozumieć… My mamy swoje życie…
Wtedy pierwszy raz poczułam prawdziwą rozpacz. Oddałam wszystko – dom, ogród, wspomnienia – a zostało mi tylko poczucie winy i żal.
Próbowałam wrócić do dawnego życia – odwiedziłam sąsiadkę Zosię na wsi.
– Jadziu… – objęła mnie mocno – Gdybyś wiedziała, ile razy patrzyłam na twój pusty dom… Tyle tam ciszy…
Chodziłyśmy razem po ogrodzie; ziemia była zmarznięta, ale ja czułam jej zapach pod stopami. Przez chwilę poczułam się wolna.
Ale nie miałam dokąd wrócić. Dom już należał do obcych ludzi.
Wiosną dzieci zaczęły kłócić się o pieniądze ze sprzedaży domu.
– Agnieszka dostała więcej! – krzyczał Paweł przez telefon.
– Bo ty masz większe mieszkanie! – odgryzała się córka.
Siedziałam wtedy w kuchni i słuchałam tej awantury z narastającym bólem serca. Czy o to chodziło? Czy naprawdę byłam tylko środkiem do celu?
Próbowałam rozmawiać z dziećmi:
– Kochani… Ja chciałam tylko być blisko was…
– Mamo, przestań! – przerwała mi Agnieszka – Zawsze robisz z siebie ofiarę!
Od tamtej pory coraz rzadziej ze mną rozmawiają. Czasem czuję się jak duch przemykający przez ich mieszkania.
Ostatnio usłyszałam od Marty:
– Może lepiej byłoby pani w domu opieki? Tam są warunki dla starszych ludzi…
Zamarłam. Czy naprawdę stałam się aż takim ciężarem?
Dziś siedzę przy oknie w kawalerce wynajętej za resztki oszczędności i piszę te słowa z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy. Że ktoś zrozumie ból matki zdradzonej przez własne dzieci.
Czy warto było poświęcić wszystko dla rodziny? Czy dom można wymienić na bliskość? A może to ja popełniłam błąd życia?
Czasem pytam siebie: czy gdybym została sama w starym domu – nawet chora i słaba – byłabym szczęśliwsza niż teraz? Czy dzieci kiedyś zrozumieją swój błąd? Co wy byście zrobili na moim miejscu?