Zabrałam córkę na chemioterapię, gdy lekarz zatrzymał nas na korytarzu i powiedział: „Pani córka nigdy nie miała raka”. To był dopiero początek koszmaru, który rozdarł naszą rodzinę.

— Pani Nowak, proszę zaczekać! — głos doktora Kowalskiego odbił się echem po sterylnym korytarzu szpitala wojewódzkiego w Radomiu. Zatrzymałam się gwałtownie, ściskając dłoń mojej córki, Zosi. Jej palce były zimne i wiotkie, a w oczach czaił się strach, który znałam aż za dobrze. Przez ostatnie miesiące żyliśmy w cieniu diagnozy: białaczka limfoblastyczna. Każda wizyta w szpitalu była jak kolejny rozdział horroru, z którego nie mogliśmy się obudzić.

Ale tego dnia coś było inaczej. Lekarz patrzył na nas z niepokojem, a pielęgniarka stojąca obok ściskała dokumenty tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.

— Co się stało? — zapytałam, czując jak serce podchodzi mi do gardła.

Doktor spojrzał na mnie z powagą. — Musimy porozmawiać. Proszę wejść do gabinetu.

W środku panowała cisza. Zosia usiadła na krześle, skulona w sobie, a ja nie mogłam przestać drżeć.

— Pani córka… — zaczął lekarz, ale zawahał się. — Pani córka nigdy nie była zdiagnozowana z rakiem.

Przez chwilę myślałam, że to jakiś okrutny żart. — Co pan mówi? Przecież… przecież od miesięcy przyjmujemy chemioterapię! Zosia straciła włosy, jest słaba, ma nudności…

Lekarz podał mi teczkę z dokumentacją medyczną. Przesuwałam wzrokiem po danych: imię i nazwisko się zgadzały, ale data urodzenia była inna. Adres — nie nasz. Numer PESEL — obcy.

— To nie jest moja córka — wyszeptałam, czując jak świat wiruje.

— Właśnie o to chodzi — powiedział cicho doktor Kowalski. — Ktoś podmienił dokumentację. Ktoś zgłosił do NFZ i ubezpieczyciela fałszywe dane, a potem wypłacił odszkodowanie.

Zrobiło mi się słabo. Przez głowę przelatywały mi obrazy: Zosia płacząca po nocach, mąż siedzący przy jej łóżku z pustym wzrokiem, ja podpisująca kolejne zgody na leczenie…

— Ale przecież ona miała objawy! Gorączka, siniaki…

— Sprawdziliśmy jej ostatnie wyniki — powiedział lekarz łagodnie. — Nie ma żadnych śladów nowotworu. Jej wcześniejsze badania nigdy nie dotarły do naszego oddziału. Ktoś przechwycił dokumenty zanim trafiły do nas.

Zosia spojrzała na mnie pytająco. — Mamo… czy ja umrę?

Zacisnęłam zęby, żeby nie wybuchnąć płaczem. — Nie, kochanie. Już wszystko będzie dobrze.

Ale dobrze nie było. W jednej chwili cała nasza rzeczywistość rozpadła się na kawałki.

Tego samego dnia rozpoczęło się śledztwo. Siedziałam w dusznym pokoju administracyjnym razem z Zosią, która wtulała się we mnie pod szpitalnym kocem. Po drugiej stronie stołu siedzieli doktor Kowalski i pani Anna z działu administracji. Przeglądali dokumenty, logi komputerowe i wydruki z systemu NFZ.

— Pani Nowak — zaczęła pani Anna ostrożnie — mamy powody sądzić, że ktoś z personelu szpitala lub ubezpieczalni zmanipulował dane medyczne pani córki.

— Ale kto mógłby to zrobić? — zapytałam bez tchu.

Wymienili spojrzenia pełne napięcia.

— Ktoś z dostępem do systemu — odpowiedziała Anna. — Ktoś, komu pani ufała.

Przed oczami stanęła mi twarz pana Marka z rejestracji. To on pomagał nam wypełniać papiery, tłumaczył procedury i pocieszał mnie, gdy płakałam po pierwszej diagnozie Zosi. Był uprzejmy, zawsze miał czas na rozmowę…

Anna odwróciła monitor w moją stronę. Na ekranie widniało nazwisko: Marek Domański – Specjalista ds. Ubezpieczeń.

— To niemożliwe… — wyszeptałam.

— Niestety wszystko wskazuje na niego — powiedział doktor Kowalski. — To on zmienił dane identyfikacyjne w systemie i zgłosił fałszywe roszczenie do ubezpieczyciela.

— Ile pieniędzy wypłacono? — zapytałam drżącym głosem.

— Trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych — odpowiedziała Anna cicho.

Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przez chwilę nie mogłam oddychać.

— On naraził moją córkę na chemioterapię tylko dla pieniędzy?

Doktor skinął głową ze smutkiem. — Liczył na to, że nikt nie będzie kwestionował diagnozy przy takich objawach i panice rodziców.

Łzy napłynęły mi do oczu. Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc jeszcze całego dramatu.

Policja zjawiła się tego samego dnia wieczorem. Funkcjonariusze zadawali pytania, spisywali zeznania i zabezpieczali dokumentację. Słowa „oszustwo”, „manipulacja danymi”, „narażenie zdrowia” brzmiały jak wyrok dla naszej rodziny.

Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Mąż wracał późno z pracy i milczał przy kolacji; teściowa dzwoniła codziennie, pytając czy coś wiadomo; sąsiedzi szeptali za naszymi plecami o „tej rodzinie od tragedii”.

Trzy dni później przyszła wiadomość: Marek Domański został zatrzymany w wynajmowanym mieszkaniu pod Warszawą. Podobno był spokojny i nawet nie próbował zaprzeczać.

Prokurator spotkał się ze mną osobiście.

— Mamy mocne dowody — powiedział sucho. — To nie był przypadek ani impuls. On wybierał rodziny w kryzysie zdrowotnym dziecka i wykorzystywał ich strach.

Siedziałam naprzeciwko niego i czułam tylko pustkę. Przed oczami miałam Zosię wymiotującą po chemii, jej łysą główkę i pytanie: „Mamo, dlaczego ja?”.

Wszystko przez chciwość jednego człowieka.

Gdy Zosia została ostatecznie wypisana ze szpitala jako zdrowa — bez raka i trwałych powikłań — nie rozumiała dlaczego płaczę bez opamiętania przy wyjściu ze szpitala. Przytuliłam ją mocno i szeptałam przeprosiny za coś, za co nie powinnam się obwiniać… ale matka zawsze znajdzie powód do winy.

Przez tygodnie budziłam się w nocy zlana potem, analizując każdą decyzję: dlaczego zaufałam lekarzom? Dlaczego nie sprawdziłam wszystkiego sama? Przyjaciele próbowali mnie pocieszać, ale ich słowa odbijały się od mojego poczucia winy jak groch o ścianę.

Pewnego popołudnia zadzwonił doktor Kowalski:

— Sprawdziliśmy wszystko jeszcze raz — powiedział spokojnie. — Nie zrobiła pani nic złego. Postępowała pani zgodnie z informacjami przekazanymi przez personel medyczny. To nie pani zawiniła.

Może miał rację… ale wybaczenie sobie to najtrudniejsza lekcja życia.

W miarę jak zbliżała się rozprawa sądowa przeciwko Markowi Domańskiemu, zaczęli dzwonić dziennikarze: „Czy może pani opowiedzieć swoją historię?”, „Czy zgodzi się pani na wywiad?”. Odmawiałam wszystkim. To nie była sensacja na pierwszą stronę gazety — to była trauma mojej rodziny i blizny mojej córki.

Domański przyznał się do winy i dostał wyrok więzienia oraz nakaz zwrotu pieniędzy. Ale żaden wyrok nie odda nam miesięcy strachu i cierpienia Zosi.

Podczas ogłoszenia wyroku poproszono mnie o zabranie głosu:

— Nie ukradł pan tylko pieniędzy — powiedziałam patrząc mu prosto w oczy. — Ukradł pan nam spokój, zaufanie i kawałek dzieciństwa mojej córki. Mam nadzieję, że do końca życia będzie pan czuł ciężar tego co zrobił.

Po rozprawie wyszłyśmy z Zosią na dwór; słońce po raz pierwszy od miesięcy wydawało się naprawdę ciepłe.

Ten rozdział naszego życia dobiegł końca, ale proces leczenia dopiero się zaczynał.

Czasem zastanawiam się: co byście zrobili na moim miejscu? Czy ślepo ufalibyście lekarzom czy sprawdzali wszystko samodzielnie? Jak można żyć dalej po takim koszmarze? Napiszcie mi swoje myśli… Może razem znajdziemy odpowiedź.