Cisza niedzielnych obiadów: Kiedy rodzina rozpada się przy stole
– Pani Zofio, proszę… niech pani już nie przychodzi w niedziele. – Głos Agaty był cichy, ale stanowczy. Stałam w progu ich mieszkania z miską gorącego rosołu, a jej słowa uderzyły mnie jak zimny deszcz. Michał stał obok niej, patrząc gdzieś w bok, jakby ściana była nagle fascynująca. Nie odezwał się ani słowem.
Zamknęłam za sobą drzwi i zeszłam powoli po schodach. Rosół, który gotowałam od rana, ostygł w moich rękach. W domu powitała mnie cisza – taka, która aż dzwoni w uszach. Położyłam miskę na stole i usiadłam obok niej. Przez chwilę patrzyłam na parę unoszącą się znad zupy. Przypomniały mi się nasze pierwsze wspólne obiady – Michał miał wtedy może pięć lat, biegał wokół stołu i śmiał się do rozpuku. Zawsze prosił o dokładkę klusek.
Teraz miał trzydzieści dwa lata i własną rodzinę. Agata – piękna, wykształcona dziewczyna z Poznania – zawsze była trochę zdystansowana. Starałam się ją polubić, piekłam jej ulubione ciasta, kupowałam kwiaty na imieniny. Ale nigdy nie czułam się do końca zaakceptowana. Może byłam zbyt nachalna? Może za bardzo chciałam być częścią ich życia?
Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra, Teresa.
– Zosiu, co się stało? Słyszę po głosie, że coś nie tak.
– Nic… – skłamałam. – Po prostu jestem zmęczona.
– To przez Michała?
– Agata poprosiła mnie, żebym już nie przychodziła na obiady.
Na linii zapadła cisza.
– Zosiu… młodzi teraz są inni. Chcą mieć własny świat.
– Ale czy to znaczy, że już nie jestem im potrzebna? – wyszeptałam.
– Jesteś. Tylko musisz im dać trochę przestrzeni.
Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, wspominając wszystkie te lata: jak Michał miał ospę i przez tydzień spał ze mną w łóżku; jak płakał po pierwszej miłości; jak cieszył się z dyplomu magistra. A teraz… jedno zdanie i wszystko się skończyło?
Rano poszłam na rynek po świeże warzywa. Spotkałam sąsiadkę, panią Krystynę.
– Co taka smutna jesteś, Zosiu?
– Synowa nie chce już moich obiadów.
– Oj, kochana… Ja już od lat jem sama. Dzieci mają swoje życie. Ale czasem zadzwonią, czasem przyjdą na kawę. Trzeba się nauczyć być samemu.
Wróciłam do pustego mieszkania z siatką pełną warzyw i jeszcze większą torbą żalu. Usiadłam przy stole i napisałam list do Michała:
„Kochany synku,
Nie wiem, co zrobiłam źle. Jeśli zraniłam Ciebie lub Agatę – przepraszam. Chciałam tylko być blisko Was. Zawsze będziesz moim dzieckiem i zawsze będziesz mile widziany w moim domu.
Mama”
Nie odpisał. Mijały tygodnie – każda niedziela bolała coraz bardziej. Słyszałam czasem ich śmiech na klatce schodowej, widziałam przez okno jak wychodzą razem na spacer. Agata była w ciąży – dowiedziałam się przypadkiem od sąsiadki. Nikt mi nie powiedział.
Pewnego wieczoru usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam – stał Michał, sam.
– Mamo…
Jego głos był cichy i drżący.
– Możemy porozmawiać?
Wpuściłam go do środka. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole – tym samym, przy którym kiedyś uczył się pisać litery.
– Agata jest w ciąży – powiedział po chwili milczenia.
– Wiem – odpowiedziałam szeptem i poczułam łzy pod powiekami.
– Proszę Cię… nie miej żalu do Agaty. Ona… boi się, że ją oceniasz. Że nigdy nie będzie dla Ciebie wystarczająco dobra.
– Nigdy bym jej nie oceniała! – wybuchłam gwałtownie.
– Wiem… Ale ona tak to czuje. Daj nam trochę czasu.
Siedzieliśmy długo w ciszy. Potem Michał podszedł i przytulił mnie mocno – tak jak wtedy, gdy był małym chłopcem i bał się burzy.
– Kocham Cię, mamo.
– Ja Ciebie też, synku.
Gdy wyszedł, zostałam sama z ciszą mojego mieszkania i zapachem niedzielnego rosołu unoszącym się jeszcze w powietrzu. Wiedziałam już, że te obiady nigdy nie będą takie jak dawniej. Może muszę nauczyć się żyć inaczej – nawet jeśli to boli.
Czasem myślę: kiedy matka powinna pozwolić dziecku odejść? Czy kiedykolwiek przestajemy być potrzebni naszym dzieciom? Co Wy o tym sądzicie?