Porzucona przez matkę: Moja walka o miłość i przebaczenie
– Nie płacz, Zosiu, wszystko się ułoży – szeptała babcia, głaszcząc mnie po włosach, gdy po raz kolejny nie mogłam zasnąć. Miałam wtedy sześć lat i nie rozumiałam, dlaczego mama już nie wraca. Każdego wieczoru czekałam na jej kroki na klatce schodowej, na dźwięk klucza w zamku. Zamiast tego słyszałam tylko ciszę i szelest babcinych kapci.
Mama wybrała Andrzeja – swojego nowego partnera – zamiast mnie. Wtedy nie wiedziałam, że można być aż tak niechcianą. Babcia starała się jak mogła, żebym nie czuła się samotna, ale jej ciepło nie mogło zastąpić matczynej miłości. W szkole dzieci pytały: „A gdzie twoja mama?”. Kłamałam, że pracuje za granicą. Wstydziłam się prawdy.
Z biegiem lat nauczyłam się nie pytać o mamę. Babcia była moim całym światem. To ona uczyła mnie piec szarlotkę, to ona tuliła mnie, gdy miałam gorączkę. Ale w środku czułam pustkę – jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca.
Pewnego dnia, gdy miałam siedemnaście lat, usłyszałam dzwonek do drzwi. Babcia spojrzała na mnie z niepokojem. Otworzyłam i zobaczyłam ją – moją matkę. Stała w progu z walizką i wymuszonym uśmiechem.
– Cześć, Zosiu… – zaczęła niepewnie. – Mogę wejść?
Zamarłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę miałam ochotę zatrzasnąć jej drzwi przed nosem. Ale babcia wpuściła ją do środka.
W salonie panowała niezręczna cisza. Mama patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz od lat – co zresztą było prawdą.
– Wiem, że cię zawiodłam – powiedziała cicho. – Ale życie… życie czasem układa się inaczej, niż byśmy chcieli.
Poczułam wściekłość. – Życie? Ty wybrałaś jego! Zostawiłaś mnie!
Babcia próbowała łagodzić sytuację, ale ja nie chciałam słuchać tłumaczeń. Mama została u nas na noc. Przez kolejne dni próbowała się do mnie zbliżyć: gotowała moje ulubione naleśniki, opowiadała o swoim życiu z Andrzejem, o tym jak wszystko się posypało po jego odejściu.
– Teraz chcę zacząć od nowa – mówiła. – Chcę być twoją mamą.
Nie wierzyłam jej. Przecież wróciła tylko dlatego, że nie miała dokąd pójść. Byłam dla niej ostatnią deską ratunku.
W szkole zaczęły się plotki. Ktoś widział moją matkę pod blokiem i rozpowiedział wszystkim, że „ta Zosia to ma niezłą patologię w domu”. Nauczycielka zapytała mnie na osobności, czy wszystko w porządku. Skłamałam, że tak.
Babcia coraz częściej chorowała. To ja robiłam zakupy, gotowałam obiady, sprzątałam mieszkanie. Mama niby pomagała, ale czułam, że jest tu tylko ciałem – myślami była gdzie indziej.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich kłótnię w kuchni:
– Nie możesz tak po prostu wrócić po latach i udawać, że nic się nie stało! – syczała babcia.
– Przecież to moja córka! Mam prawo!
– Miałaś prawo wtedy, kiedy jej potrzebowałaś! Teraz ona już cię nie potrzebuje!
Siedziałam w swoim pokoju i płakałam w poduszkę. Chciałam mieć normalną rodzinę. Chciałam mieć matkę, która mnie kocha i ojca, który przytula mnie do snu. Zamiast tego miałam tylko żal i rozczarowanie.
Z czasem mama zaczęła coraz częściej znikać z domu – „załatwiała sprawy”, „szukała pracy”. Pewnego dnia znalazłam w jej torebce list od komornika – miała długi. Zrozumiałam wtedy, że wróciła nie po mnie, tylko po pomoc.
Babcia zmarła nagle zimą. To był najgorszy dzień mojego życia. Mama płakała przy trumnie, ale ja wiedziałam, że płacze bardziej nad sobą niż nad babcią.
Po pogrzebie zostałyśmy same w pustym mieszkaniu. Mama próbowała rozmawiać:
– Zosiu… wiem, że trudno ci mi wybaczyć. Ale jestem twoją matką…
Spojrzałam jej prosto w oczy:
– Matką? Matka nie zostawia swojego dziecka na pastwę losu!
Przez kolejne tygodnie żyłyśmy obok siebie jak dwie obce kobiety. Ja chodziłam do szkoły i pracowałam po lekcjach w sklepie spożywczym, żeby mieć na rachunki. Mama coraz częściej znikała na całe noce.
Któregoś dnia wróciła pobita przez jakiegoś mężczyznę. Pomogłam jej opatrzyć rany, ale nie czułam już współczucia – tylko pustkę.
Po maturze dostałam się na studia w Warszawie i wyprowadziłam się z domu. Mama została sama ze swoimi problemami.
Dziś mam 27 lat i własne życie. Czasem dzwoni do mnie z prośbą o pieniądze albo nocleg. Pomagam jej tyle, ile mogę – ale już nie oczekuję niczego w zamian.
Często zastanawiam się: czy można naprawdę wybaczyć komuś tak głęboko zadane rany? Czy przeszłość musi zawsze ciągnąć się za nami jak cień? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak poradziliście sobie z bólem po rodzinnych zdradach?