Chciałam oddać syna byłemu mężowi – dramat matki na skraju wytrzymałości
Drzwi trzasnęły tak głośno, że aż podskoczyłam na kanapie. Znowu. To już trzeci raz w tym tygodniu. Siedziałam w kuchni, wpatrując się w kubek zimnej herbaty, a łzy same napływały mi do oczu. Mój syn, Igor, miał dopiero trzynaście lat, a ja czułam się przy nim jak stara, zużyta kobieta. Każdy dzień był walką – o spokój, o szacunek, o odrobinę normalności.
– Igor! – zawołałam przez zamknięte drzwi. – Proszę cię, wyjdź i porozmawiaj ze mną!
Cisza. Tylko muzyka dudniła z głośnika w jego pokoju. Westchnęłam ciężko i opadłam na krzesło. W głowie miałam mętlik: czy to ja zawiodłam jako matka? Czy może to świat jest taki okrutny?
Jeszcze kilka lat temu byliśmy normalną rodziną. Ja, mój mąż Paweł i nasz syn Igor. Mieszkaliśmy w niewielkim bloku na obrzeżach Gdańska. Paweł był spokojny, pracowity, ale coraz bardziej zamknięty w sobie. Kiedy odszedł do innej kobiety, świat mi się zawalił. Igor miał wtedy dziewięć lat i nie rozumiał, dlaczego tata nagle przestał wracać do domu.
Przez pierwsze miesiące po rozwodzie starałam się być silna. Pracowałam na dwa etaty – rano w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątałam biura. Igor zostawał sam w domu, coraz częściej zamykał się w swoim świecie. Zaczęły się problemy w szkole: uwagi za spóźnienia, bójki na przerwach, nieodrobione lekcje.
– Mamo, wszyscy mają ojców! – krzyczał kiedyś, rzucając plecakiem o ścianę. – Tylko ja muszę być inny!
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sama czułam się inna – samotna i przegrana.
Moja mama mieszkała piętro wyżej. Niby blisko, ale zawsze daleko sercem. Zamiast wsparcia słyszałam tylko krytykę:
– Magda, jak ty wychowujesz tego chłopaka? Kiedyś dzieci słuchały rodziców! Ty mu pozwalasz na wszystko!
– Mamo, nie widzisz, że próbuję? – odpowiadałam z płaczem. – Sama nie daję rady!
– Gdybyś była bardziej stanowcza…
Zaciskałam zęby i wracałam do siebie. Wieczorami Igor siedział przed komputerem albo wychodził z kolegami na osiedle. Często wracał późno, czasem czuć było od niego papierosy.
Pewnego dnia zadzwoniła wychowawczyni:
– Pani Magdaleno, Igor pobił się z kolegą na korytarzu. Musimy porozmawiać.
Po spotkaniu w szkole wróciłam do domu roztrzęsiona. Igor siedział na łóżku z miną obrażonego księcia.
– Co się stało? – spytałam cicho.
– Nic.
– Igor…
– On pierwszy zaczął! – wybuchnął nagle. – Powiedział coś o tobie i tacie!
Usiadłam obok niego i próbowałam go objąć, ale odsunął się gwałtownie.
– Nie dotykaj mnie! – krzyknął.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam: nie dam rady sama go wychować. Może Paweł powinien przejąć opiekę? Ale przecież on ma nową rodzinę, nową żonę i małą córeczkę. Dla Igora zawsze znajdował czas tylko od święta.
Wieczorem zadzwoniłam do Pawła:
– Paweł… ja już nie daję rady. Igor mnie nie słucha, sprawia same kłopoty… Może mógłbyś go wziąć do siebie na jakiś czas?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Magda… Wiesz dobrze, że u nas jest ciasno. Kasia nie chce… Poza tym Igor mnie nie lubi.
– Ale to twój syn! – głos mi się załamał.
– Przesadzasz. Każdy nastolatek ma trudny okres.
Rozłączył się szybko, jakby bał się usłyszeć mój płacz.
Następnego dnia Igor wrócił do domu z podbitym okiem i rozdartą kurtką.
– Co się stało?!
– Nic cię to nie obchodzi – burknął i zamknął się w łazience.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam przy stole i patrzyłam na zdjęcie sprzed lat: uśmiechnięty chłopiec przytulony do taty. Gdzie się podziało to dziecko? Gdzie popełniłam błąd?
Kolejne tygodnie były coraz trudniejsze. Igor zaczął przynosić do domu rzeczy, które nie należały do niego: drogi zegarek, słuchawki, nawet telefon.
– Skąd to masz? – pytałam coraz bardziej przerażona.
– Pożyczyłem od kolegi.
Nie wierzyłam mu. Bałam się, że któregoś dnia zapuka do mnie policja.
W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Szefowa zwróciła mi uwagę:
– Magda, jeśli masz problemy rodzinne, weź kilka dni wolnego.
Ale jak miałam odpocząć? W domu czekał na mnie chłopak, którego już prawie nie znałam.
Pewnego wieczoru usiadłam naprzeciwko Igora przy stole.
– Synku… Ja naprawdę nie wiem już, co robić. Kocham cię i chcę ci pomóc…
Spojrzał na mnie z pogardą:
– Nie potrzebuję twojej pomocy! Chciałabyś się mnie pozbyć?! Oddaj mnie tacie! Przynajmniej tam nikt nie będzie mi truł!
Zatkało mnie. Łzy popłynęły po policzkach.
– Nie chcę cię oddawać… Ale nie radzę sobie…
Wstał gwałtownie i wybiegł z domu trzaskając drzwiami tak mocno, że aż szyby zadzwoniły.
Następnego dnia zadzwoniła moja mama:
– Słyszałam awanturę. Co ty wyprawiasz z tym dzieckiem?!
– Mamo… ja już nie mam siły…
– Ty zawsze byłaś słaba! Ja sama wychowałam ciebie i twojego brata bez ojca! Nigdy nie narzekałam!
Zacisnęłam pięści ze złości.
– Może dlatego nigdy nie czułam się kochana! – wyrzuciłam jej przez łzy.
Rozłączyła się bez słowa.
Wieczorem Igor wrócił późno niż zwykle. Pachniało od niego papierosami i czymś jeszcze… alkoholem?
– Piłeś?!
Wzruszył ramionami.
– Co cię to obchodzi?
Wtedy pierwszy raz uderzyłam pięścią w stół tak mocno, że aż zabolała mnie dłoń.
– Dość! Albo zaczniemy ze sobą rozmawiać jak ludzie, albo naprawdę pójdziesz mieszkać do ojca!
Spojrzał na mnie z nienawiścią:
– To oddaj mnie! I tak masz mnie gdzieś!
Zamknął się w pokoju na klucz.
Przez całą noc płakałam w poduszkę. Rano napisałam Pawłowi długiego SMS-a: „Nie radzę sobie z Igorem. Proszę cię o pomoc.”
Odpisał dopiero po dwóch dniach: „Porozmawiam z nim.”
Ale nie przyszedł ani razu.
W pracy zaczęły mi drżeć ręce. Koleżanka zauważyła:
– Magda, wyglądasz jak cień człowieka…
Opowiedziałam jej wszystko przy kawie w kuchni socjalnej:
– Boję się własnego dziecka… Boję się o niego i o siebie…
Objęła mnie mocno:
– Może powinnaś poszukać pomocy? Psychologa?
Pokręciłam głową:
– Nie mam czasu ani pieniędzy…
Tydzień później Igor został przyłapany na kradzieży w sklepie osiedlowym. Zadzwoniła policja. Musiałam jechać na komisariat jak przestępca.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w zimnym pokoju przesłuchań. Policjant spojrzał na mnie współczująco:
– Pani Magdaleno… Syn potrzebuje pomocy specjalisty. Może kurator?
Igor milczał cały czas, patrząc w podłogę.
Po powrocie do domu usiadłam na łóżku i patrzyłam w sufit przez długie godziny. W końcu podjęłam decyzję: zadzwonię do Pawła jeszcze raz i powiem mu jasno – albo on weźmie odpowiedzialność za syna, albo ja zgłoszę sprawę do sądu rodzinnego.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam:
– Paweł… To już koniec mojej wytrzymałości. Albo bierzesz Igora do siebie choćby na kilka miesięcy, albo zgłoszę sprawę do sądu rodzinnego. Nie dam rady sama!
Usłyszałam tylko ciężkie westchnienie:
– Dobrze… Porozmawiamy jutro.
Odłożyłam telefon i poczułam ulgę zmieszaną z poczuciem winy. Czy jestem potworem? Czy każda matka powinna walczyć do końca?
Dziś piszę te słowa ze ściśniętym gardłem i pytaniem do Was: czy naprawdę jestem złą matką? Czy ktoś z Was czuł kiedyś podobną bezsilność? Jak znaleźć siłę tam, gdzie jej już nie ma?