Czy nazywasz teściową 'mamą’? A tak naprawdę, czy wiesz, kto jest twoją matką?

– Mamo, czy mogłabyś mi podać sól? – powiedziałam odruchowo podczas niedzielnego obiadu u teściów. W tej samej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Wszyscy przy stole zamilkli. Moja teściowa, pani Halina, uśmiechnęła się sztucznie i podała mi solniczkę, a mój mąż, Tomek, spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. Czułam, jakby powietrze zgęstniało. W mojej głowie rozbrzmiewało tylko jedno słowo: „mama”.

Nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie to ruszyło. Przecież wiele kobiet nazywa swoje teściowe „mamą”. Ale dla mnie to słowo zawsze miało szczególne znaczenie. „Mama” to ktoś wyjątkowy, ktoś, kto zna każdy mój sekret, kto tulił mnie w nocy, gdy miałam koszmary. A jednak… czy na pewno wiedziałam, kto jest moją matką?

Po obiedzie wyszłam na balkon, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Tomek dołączył do mnie po chwili.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.
– Tak… tylko jakoś dziwnie się poczułam – odpowiedziałam wymijająco.

Nie chciałam mu mówić o tym, co od lat siedziało mi w głowie. O tej dziwnej pustce, którą czułam za każdym razem, gdy patrzyłam na zdjęcia z dzieciństwa. O tym, że moja „mama” nigdy nie opowiadała mi o swoim dzieciństwie, o swoich rodzicach. Zawsze unikała tych tematów.

Kiedy byłam mała, często słyszałam szepty sąsiadek: „To ta dziewczynka od Nowaków… podobno adoptowana”. Mama zawsze ucinała rozmowy: „Nie słuchaj głupot”. Ale im byłam starsza, tym bardziej czułam, że coś jest nie tak.

Kilka dni po tym obiedzie zadzwoniła do mnie mama – ta, którą znałam całe życie.
– Kasiu, przyjedź do mnie na chwilę. Musimy porozmawiać – powiedziała głosem tak poważnym, że aż przeszedł mnie dreszcz.

Pojechałam do niej jeszcze tego samego dnia. Siedziała przy stole z kubkiem herbaty i patrzyła przez okno.
– Co się stało? – zapytałam niepewnie.
– Muszę ci coś powiedzieć… Coś, co powinnam była zrobić dawno temu – zaczęła drżącym głosem. – Kasiu… ja nie jestem twoją biologiczną matką.

Świat mi zawirował. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.
– Co ty mówisz? – wyszeptałam.
– Adoptowaliśmy cię z tatą, kiedy miałaś dwa lata. Twoja prawdziwa mama była moją kuzynką. Zmarła przy porodzie… Nie miałam odwagi ci o tym powiedzieć.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce. Wszystko zaczęło mieć sens: te przemilczane tematy, brak rodzinnych zdjęć z jej młodości, dziwne spojrzenia sąsiadek.

Wróciłam do domu jak w transie. Tomek próbował mnie pocieszyć, ale ja nie byłam w stanie mówić. Całą noc leżałam bezsennie i patrzyłam w sufit. Kim jestem? Czy to znaczy, że całe moje życie było kłamstwem?

Następnego dnia pojechałam do ciotki Zofii – jedynej osoby z rodziny mamy, która jeszcze żyła.
– Wiedziałam, że kiedyś przyjdziesz – powiedziała bez ogródek. – Twoja mama była dobra dziewczyna… Ale życie jej nie oszczędzało.

Zofia opowiedziała mi historię mojej biologicznej matki – Anny. Była młoda, zakochana w niewłaściwym chłopaku. Zaszła w ciążę i została sama. Rodzina się od niej odwróciła. Umarła przy porodzie, a ja trafiłam do kuzynki – kobiety, którą przez całe życie nazywałam mamą.

Wróciłam do domu z głową pełną myśli i sercem rozdartym na pół. Z jednej strony czułam wdzięczność do kobiety, która mnie wychowała i dała mi dom. Z drugiej – żal i gniew za lata milczenia i kłamstw.

Przez kilka tygodni unikałam kontaktu z mamą-adoptowaną. Nie wiedziałam, jak mam się do niej zwracać. Czy dalej mogę mówić do niej „mamo”? Czy to słowo jeszcze coś znaczy?

W tym czasie relacje z teściową też się skomplikowały. Pani Halina poczuła się urażona moim dystansem i chłodem.
– Kasiu, czy coś się stało? Odkąd byłaś u nas ostatnio, jesteś jakaś inna – zapytała pewnego dnia przez telefon.
– Przepraszam… Po prostu mam dużo na głowie – odpowiedziałam wymijająco.

W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do mamy-adoptowanej.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytałam cicho.
– Bałam się… Bałam się, że mnie znienawidzisz albo odejdziesz – odpowiedziała ze łzami w oczach.
– Ale przecież jesteś moją mamą… Wychowałaś mnie, kochałaś… To ty byłaś przy mnie zawsze – powiedziałam drżącym głosem.
Przytuliłyśmy się obie i długo płakałyśmy.

Od tamtej pory próbuję poukładać sobie wszystko na nowo. Zrozumiałam jedno: słowo „mama” to nie tylko więzy krwi. To przede wszystkim miłość, troska i obecność w najtrudniejszych chwilach.

A teściowa? Nadal nie potrafię mówić do niej „mamo”. Dla mnie to słowo jest święte i nie rozdaje się go na prawo i lewo. Może jestem staromodna? Może przesadzam? Ale czy naprawdę wiemy, kto jest naszą matką? Czy to kwestia biologii czy serca?

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze rodzinnych tajemnic kryje się za zwykłym słowem „mama”? Czy można wybaczyć kłamstwo w imię miłości? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?