Posłałam synów do sklepu, ale tylko jeden wrócił: Historia matki z Warszawy

— Michał, Dawid, idźcie proszę do sklepu po chleb i mleko! — zawołałam z kuchni, czując znajome ciepło popołudniowego słońca na policzku. Chłopcy, jak zwykle, rzucili się do drzwi, przekrzykując się, kto pierwszy dotrze do windy. Słyszałam ich śmiech, echo dzieciństwa, które zawsze koiło moje nerwy. Nie wiedziałam wtedy, że to ostatni raz, kiedy usłyszę ten dźwięk w takim składzie.

Minęło może dwadzieścia minut, kiedy drzwi do mieszkania otworzyły się z hukiem. Michał wbiegł do środka, zdyszany, z siatką w ręku. — Mamo, Dawid… Dawid został na zewnątrz, bo chciał jeszcze zobaczyć plakaty na przystanku — powiedział, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Uśmiechnęłam się, ale po chwili coś mnie tknęło. Dawid zawsze wracał pierwszy, nie lubił zostawać sam. Minęła kolejna minuta, potem pięć. Wyszłam na klatkę schodową, z sercem bijącym jak oszalałe. — Dawid! — zawołałam, ale odpowiedziała mi tylko cisza.

Zeszłam na dół, rozglądając się nerwowo. Przystanek był pusty. Zaczęłam pytać sąsiadów, przechodniów, nawet panią z kiosku. — Mały chłopiec? W niebieskiej kurtce? — powtórzyła kobieta, marszcząc brwi. — Widziałam go, stał tu chwilę, potem odszedł z jakimś mężczyzną… — Jej słowa uderzyły mnie jak grom. Zrobiło mi się słabo. Zadzwoniłam na policję, głos mi się łamał, dłonie drżały. Michał patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co się dzieje. — Mamo, to moja wina? — zapytał cicho. Przytuliłam go mocno, próbując ukryć łzy.

Następne godziny były jak koszmar, z którego nie mogłam się obudzić. Policja zadawała pytania, przeglądała monitoring, rozmawiała z sąsiadami. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. Mąż, Piotr, wrócił z pracy blady jak ściana. — Amira, gdzie jest Dawid? — zapytał, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć. Widziałam w jego oczach strach i wyrzut. — Dlaczego ich puściłaś samych? — rzucił w końcu, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. — To tylko sklep, Piotrze! — krzyknęłam przez łzy. — Przecież zawsze chodzili razem… — Ale to nie wystarczyło. Wina zaczęła mnie zżerać od środka.

Noc była najgorsza. Siedziałam na kanapie, wpatrując się w drzwi, jakby Dawid miał zaraz wrócić. Michał spał wtulony we mnie, szlochając przez sen. Piotr chodził po mieszkaniu, co chwilę wyglądając przez okno. W głowie miałam tysiące scenariuszy. Co jeśli Dawid się zgubił? Co jeśli ktoś go skrzywdził? Każda minuta była jak wieczność.

Rano przyszła policja. — Mamy nagranie z monitoringu — powiedział jeden z funkcjonariuszy. — Widać, jak Dawid rozmawia z nieznanym mężczyzną, potem odchodzą razem w stronę parku. — Zamarłam. — Czy to był ktoś z sąsiedztwa? — zapytałam, ale policjant tylko pokręcił głową. — Sprawdzamy wszystkie tropy. Proszę być dobrej myśli. — Dobrej myśli? Jak można być dobrej myśli, kiedy twoje dziecko znika bez śladu?

Dni mijały, a ja żyłam jak w zawieszeniu. Każdy telefon, każdy dzwonek do drzwi wywoływał panikę. Ludzie zaczęli szeptać za moimi plecami. — To ta, której syn zaginął… — słyszałam w sklepie, na klatce schodowej. Niektórzy patrzyli ze współczuciem, inni z oskarżeniem. Michał zamknął się w sobie, przestał wychodzić na podwórko. Piotr coraz częściej znikał z domu, nie mogąc znieść napięcia. Nasza rodzina zaczęła się rozpadać.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam sama w kuchni, zadzwonił telefon. — Amira? — usłyszałam cichy, zachrypnięty głos. — Dawid? — krzyknęłam, ale po drugiej stronie zapadła cisza. Policja ustaliła, że połączenie wykonano z budki telefonicznej na Pradze. Pojechaliśmy tam natychmiast, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu. To była tylko kolejna nadzieja, która zgasła równie szybko, jak się pojawiła.

Zaczęłam obwiniać samą siebie. Może byłam zbyt ufna? Może powinnam była pójść z nimi? Każda matka myśli, że jej dzieci są bezpieczne, dopóki nie wydarzy się tragedia. Michał coraz częściej pytał: — Mamo, czy Dawid wróci? — Nie umiałam odpowiedzieć. Piotr przestał ze mną rozmawiać, zamknął się w swoim bólu. Nasze małżeństwo wisiało na włosku.

Minęły tygodnie. Policja znalazła porzuconą kurtkę Dawida w lasku pod Warszawą. To był cios, który odebrał mi resztki nadziei. Michał płakał całymi dniami, a ja czułam, że nie mam już siły. Ale musiałam żyć dalej, dla niego. Zaczęłam chodzić na spotkania dla rodziców zaginionych dzieci. Tam poznałam innych, którzy przeżyli podobny koszmar. Razem płakaliśmy, razem szukaliśmy sensu w tym, co się stało.

Pewnego dnia, po roku od zaginięcia Dawida, dostałam list. Bez adresu, bez podpisu. W środku było tylko jedno zdanie: „Mamo, kocham cię. Przepraszam.” Rozpoznałam pismo Dawida. To była nadzieja, której tak bardzo potrzebowałam. Może gdzieś tam żyje, może kiedyś wróci?

Dziś, po dwóch latach, wciąż czekam. Każdego dnia patrzę na drzwi, wierząc, że Dawid wróci. Michał dorósł, ale w jego oczach wciąż widzę cień tamtego dnia. Piotr odszedł, nie wytrzymał ciężaru straty. Zostałam sama, ale nie tracę nadziei.

Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy każda matka powinna bać się o swoje dziecko, nawet w zwykły, słoneczny dzień? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak radzicie sobie z poczuciem winy i strachu, które nie opuszczają nawet na chwilę?