Chciałabym poznać prawnuczkę, lecz jej zdrady nie mogę wybaczyć. Historia Weroniki z Lublina
Zawsze myślałam, że najgorsze już za mną. Ale kiedy wczoraj zobaczyłam zdjęcie mojej prawnuczki na Facebooku, poczułam, jakby ktoś rozdarł mi serce na nowo. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na ekran starego laptopa, a łzy same płynęły mi po policzkach. Mam na imię Weronika, mam siedemdziesiąt dwa lata i mieszkam w Lublinie. Moja historia nie jest bajką, a ja nie jestem bohaterką, którą można podziwiać. Może jednak, jeśli ją opowiem, ktoś mnie zrozumie.
Wszystko zaczęło się, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Nasz dom na Bronowicach był pełen krzyków, trzaskania drzwiami i zapachu wódki. Mama, Zofia, była kobietą twardą, ale zgorzkniałą. Jej siostra, Jadwiga, mieszkała piętro wyżej. Ich relacje były jak sinusoida – raz się kochały, raz nienawidziły. Pamiętam, jak wieczorami podsłuchiwałam ich rozmowy przez cienką ścianę. „Zoska, ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo!” – krzyczała Jadwiga. „A ty zawsze musisz się wtrącać!” – odpowiadała mama. Mój kuzyn, Tomek, był dla mnie jak brat, ale nawet między nami nie było łatwo. Widziałam, jak dorosłych zjadają urazy, jak plotki rozchodzą się po rodzinie szybciej niż zapach bigosu po klatce schodowej.
Miałam wtedy dwanaście lat, kiedy tata odszedł. Zostawił nas bez słowa, bez pieniędzy, bez wsparcia. Mama zamknęła się w sobie, a ja musiałam szybko dorosnąć. Chodziłam po zakupy, gotowałam obiady, opiekowałam się młodszą siostrą, Martą. Z tamtych czasów pamiętam głównie zmęczenie i strach. Bałam się, że mama się załamie, że nie damy rady. Ale jakoś przetrwałyśmy. Potem przyszła szkoła średnia, pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania. Zawsze jednak wracałam do domu, gdzie czekały na mnie niezałatwione sprawy i niewypowiedziane żale.
Wyszłam za mąż za Andrzeja, chłopaka z sąsiedztwa. Był spokojny, pracowity, ale zamknięty w sobie. Przez pierwsze lata żyliśmy skromnie, ale szczęśliwie. Urodziła się nasza córka, Paulina. Myślałam, że wreszcie uda mi się stworzyć rodzinę inną niż ta, w której dorastałam. Niestety, życie szybko zweryfikowało moje marzenia. Andrzej coraz częściej zostawał po godzinach w pracy, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Zaczęłam podejrzewać, że ma romans, ale nigdy nie miałam odwagi go o to zapytać. Zamiast tego zamknęłam się w sobie, tak jak kiedyś moja mama.
Paulina dorastała w cieniu naszych kłótni. Była bystra, uparta, miała w sobie coś z mojej matki. Kiedy miała szesnaście lat, zaczęła się buntować. Wychodziła z domu bez słowa, wracała późno, przynosiła do domu chłopaków, których nie akceptowałam. „Mamo, nie rozumiesz mnie!” – krzyczała, trzaskając drzwiami. „Nie chcę skończyć jak ty!”. Te słowa bolały mnie bardziej niż cokolwiek innego. Próbowałam z nią rozmawiać, tłumaczyć, ale ona tylko się oddalała.
Najgorsze przyszło, gdy Paulina miała dwadzieścia lat. Zakochała się w Adamie, chłopaku z Warszawy, który przyjechał do Lublina na studia. Był przystojny, elokwentny, ale miał w sobie coś, co mnie niepokoiło. „On cię zostawi, zobaczysz” – mówiłam jej, ale ona nie chciała słuchać. W końcu zaszła z nim w ciążę. Adam wyjechał, zostawiając ją samą, tak jak kiedyś mój ojciec zostawił mamę. Paulina wróciła do domu z brzuchem i rozpaczą w oczach. Próbowałam ją wspierać, ale nie umiałam okazać czułości. „Nie chcę twojej litości!” – wykrzyczała mi w twarz pewnego wieczoru. „Chcę, żebyś była matką, a nie sędzią!”.
Urodziła się Zosia, moja wnuczka. Przez pierwsze miesiące Paulina była jak cień. Ja zajmowałam się dzieckiem, gotowałam, sprzątałam, chodziłam na spacery z wózkiem. Czułam się potrzebna, ale jednocześnie coraz bardziej zmęczona. Andrzej odszedł wtedy do innej kobiety. Zostałam sama z córką i wnuczką. Wydawało mi się, że już nic gorszego nie może mnie spotkać.
Ale wtedy Paulina poznała Michała. Był starszy od niej o dziesięć lat, miał własną firmę, samochód, mieszkanie. Zakochała się w nim bez pamięci. „Mamo, to jest ktoś, kto mnie rozumie” – mówiła z błyskiem w oku. „On chce być ojcem dla Zosi”. Nie ufałam mu, ale nie miałam siły walczyć. Paulina wyprowadziła się do niego, zabierając Zosię. Przez kilka miesięcy nie miałam z nimi kontaktu. Dzwoniłam, pisałam, ale ona nie odbierała. Czułam się zdradzona, opuszczona, jakbym straciła nie tylko córkę, ale i wnuczkę.
Po roku zadzwoniła. „Mamo, jestem w ciąży” – powiedziała cicho. „Chciałabym, żebyś poznała swoją prawnuczkę, kiedy się urodzi”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony tęskniłam za nią, za Zosią, za rodziną, której już nie miałam. Z drugiej – nie potrafiłam wybaczyć jej tego, że mnie zostawiła, że odcięła mnie od wnuczki, że wybrała obcego faceta zamiast własnej matki.
Minęły dwa lata. Urodziła się Hania, moja prawnuczka. Widziałam ją tylko na zdjęciach, które Paulina wrzucała na Facebooka. Każde zdjęcie bolało mnie bardziej niż poprzednie. Próbowałam do niej pisać, ale odpowiadała zdawkowo. „Może kiedyś się spotkamy” – napisała raz. „Na razie nie jestem gotowa”. Nie rozumiałam tego. Przecież byłam jej matką, byłam babcią Zosi, byłam prababcią Hani. Dlaczego nie mogłam ich zobaczyć?
W tym czasie moja siostra Marta zachorowała na raka. Spędzałam z nią długie godziny w szpitalu, rozmawiałyśmy o przeszłości, o rodzinie, o błędach, których nie da się cofnąć. „Weronika, musisz jej wybaczyć” – mówiła Marta. „Nie możesz żyć z takim ciężarem”. Ale ja nie potrafiłam. Każda myśl o Paulinie wywoływała we mnie złość i żal. Czułam się zdradzona przez własne dziecko. Przecież wszystko, co robiłam, robiłam dla niej. Dlaczego ona tego nie widzi?
Pewnego dnia, kiedy wracałam ze szpitala, spotkałam na klatce schodowej Jadwigę, moją ciotkę. Była już stara, schorowana, ale w oczach miała ten sam błysk, co kiedyś. „Weronika, życie jest za krótkie na gniew” – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. „Zobacz, jak skończyłyśmy. Ja nie rozmawiałam z twoją mamą przez dziesięć lat. Teraz nie mam już z kim się pogodzić”. Te słowa zapadły mi w pamięć, ale nie potrafiłam ich przyjąć do siebie.
W święta Bożego Narodzenia siedziałam sama przy stole. Patrzyłam na pusty talerz, który kiedyś stawiałam dla wędrowca, a teraz był symbolem mojej samotności. Zadzwonił telefon. To była Paulina. „Mamo, chciałabym, żebyś poznała Hanię” – powiedziała niepewnie. „Może przyjedziesz do nas na Wigilię?”. Serce zabiło mi mocniej, ale nie potrafiłam się zgodzić. „Nie wiem, czy jestem gotowa” – odpowiedziałam. „Za dużo się wydarzyło”.
Minęły kolejne miesiące. Marta zmarła. Na pogrzebie była cała rodzina, nawet Paulina z Zosią i Hanią. Stały z boku, nie podchodziły do mnie. Po mszy podeszłam do nich. Zosia spojrzała na mnie niepewnie. „Babciu, pamiętasz mnie?” – zapytała cicho. Łzy napłynęły mi do oczu. „Oczywiście, że pamiętam, kochanie” – odpowiedziałam, przytulając ją mocno. Paulina patrzyła na nas z dystansem. „Mamo, możemy porozmawiać?” – zapytała. Przeszłyśmy na bok. „Wiem, że cię zraniłam” – zaczęła. „Ale ja też byłam zraniona. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, czego chcę od życia. Chciałam, żebyś była częścią naszej rodziny, ale nie mogłam cię zmusić”.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam ją przytulić, wybaczyć, zapomnieć o wszystkim. Ale coś mnie blokowało. „Paulina, ja też cierpiałam” – powiedziałam cicho. „Nie potrafię tak po prostu zapomnieć”. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach. „Może kiedyś się uda” – szepnęła. „Ale nie chcę już żyć w gniewie”.
Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Czasem rozmawiamy przez telefon, czasem wymieniamy wiadomości. Nie widziałam jeszcze Hani na żywo. Boję się, że jeśli ją zobaczę, pęknie we mnie coś, czego już nie da się poskładać. Boję się, że nie potrafię wybaczyć Paulinie. Ale jeszcze bardziej boję się, że zostanę sama do końca życia.
Czy można wybaczyć zdradę własnego dziecka? Czy warto walczyć o rodzinę, nawet jeśli serce pęka z bólu? Może ktoś z was zna odpowiedź, której ja wciąż szukam.