Mieszkanie po babci – dar czy przekleństwo?
– Znowu zapomniałaś, gdzie są klucze, babciu? – zapytałam, starając się ukryć irytację, choć w środku aż się gotowałam. Stałam w przedpokoju jej mieszkania na Pradze, z torbą pełną zakupów i głową pełną myśli. Babcia Helena patrzyła na mnie nieobecnym wzrokiem, jakby próbowała sobie przypomnieć, kim jestem. – Przepraszam, kochanie… – wyszeptała, a ja poczułam ukłucie w sercu.
Jeszcze kilka miesięcy temu była energiczną kobietą, która potrafiła opowiadać historie z czasów wojny tak barwnie, że miałam wrażenie, że sama tam byłam. Teraz coraz częściej gubiła się w czasie i przestrzeni. Dwa tygodnie temu zmarła, zostawiając mi w spadku swoje mieszkanie. Ale zanim to się stało, przez ostatni rok byłam jej opiekunką, kucharką, pielęgniarką i powierniczką. I choć wszyscy w rodzinie mówili, że jestem „najlepsza wnuczka na świecie”, to tylko ja wiedziałam, ile mnie to kosztowało.
– Dlaczego to właśnie ja muszę się tym wszystkim zajmować? – pytałam siebie, kiedy po raz kolejny zmieniałam jej pościel, bo zapomniała, że trzeba wstać do łazienki. Mama dzwoniła codziennie, ale zawsze miała wymówkę, żeby nie przyjechać. – Wiesz, Aniu, mam tyle pracy, a ty jesteś młoda, możesz się poświęcić. – Słyszałam to jak mantrę. Mój brat, Tomek, od dwóch lat mieszkał w Londynie i kontaktował się tylko przez Facebooka. – Trzymaj się, siostra, dasz radę – pisał, jakby to była jakaś gra komputerowa, a nie moje życie.
Pamiętam dzień, kiedy babcia po raz pierwszy mnie nie poznała. Siedziała w fotelu pod oknem, patrzyła na drzewa i nagle zapytała: – Przepraszam, czy pani jest z opieki społecznej? Zamarłam. – Babciu, to ja, Ania. Twoja wnuczka. – Spojrzała na mnie z niepewnością, a potem się rozpłakała. Przytuliłam ją, choć w środku miałam ochotę krzyczeć. Czułam się bezradna, zła na cały świat i na siebie, że nie potrafię jej pomóc.
Kiedy babcia zmarła, rodzina zebrała się w jej mieszkaniu. Mama, ciotka Basia, wujek Marek i Tomek, który przyleciał specjalnie z Anglii. Atmosfera była gęsta od niewypowiedzianych pretensji. – Ania, babcia zapisała ci mieszkanie, ale przecież wszyscy powinniśmy mieć w tym udział – zaczęła ciotka Basia, zerkając na mamę. – Przecież to rodzinny majątek. – Mama milczała, ale jej spojrzenie mówiło wszystko. Tomek tylko wzruszył ramionami. – Ja i tak nie wracam do Polski, róbcie, co chcecie.
Wiedziałam, że nie chodzi im o mieszkanie, tylko o poczucie sprawiedliwości. Przez rok byłam sama z babcią, a teraz wszyscy chcieli mieć coś do powiedzenia. – To ja się nią opiekowałam, kiedy wy mieliście swoje sprawy – powiedziałam cicho, ale nikt nie odpowiedział. Wszyscy patrzyli na mnie jak na złodziejkę.
Zostałam z mieszkaniem, ale i z poczuciem winy. Każdego dnia przechodziłam przez te same pokoje, w których jeszcze niedawno babcia opowiadała mi o swoim pierwszym balu, o dziadku, którego poznała w kawiarni na Nowym Świecie. Teraz wszystko wydawało się puste, zimne, jakby ktoś wyssał z tego miejsca życie.
Próbowałam wrócić do normalności, ale nie potrafiłam. Praca w szkole przestała mnie cieszyć, znajomi przestali dzwonić, bo zawsze odmawiałam spotkań. Czułam się jak więzień własnych wspomnień. Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam na balkonie z kubkiem herbaty, zadzwoniła mama. – Aniu, musimy porozmawiać. – Jej głos był chłodny. – Rodzina uważa, że powinnaś sprzedać mieszkanie i podzielić się pieniędzmi. – Zaniemówiłam. – Mamo, przecież babcia wyraźnie napisała w testamencie, że to dla mnie. – Wiem, ale… – zawahała się. – Wszyscy czują się pokrzywdzeni. – A ja? – zapytałam. – Czy ktoś myśli o mnie?
Po tej rozmowie długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo. Czy rzeczywiście byłam samolubna? Czy powinnam oddać część mieszkania rodzinie? A może to ja powinnam czuć się pokrzywdzona, bo przez rok poświęciłam wszystko dla babci?
Następnego dnia przyszła ciotka Basia. – Aniu, wiem, że ci ciężko, ale pomyśl, ile dobrego możesz zrobić, dzieląc się z nami. – Patrzyła na mnie błagalnie. – Basia, gdzie byłaś, kiedy babcia potrzebowała pomocy? – zapytałam. – Wszyscy mieliście swoje życie, a ja musiałam zrezygnować z pracy, żeby się nią opiekować. – Wiem, ale… – urwała. – To nie jest takie proste.
Wtedy zrozumiałam, że nigdy nie będzie prosto. Każdy miał swoje racje, swoje żale i pretensje. Ale tylko ja zostałam z pustym mieszkaniem i pustką w sercu.
Przez kolejne tygodnie próbowałam poukładać swoje życie na nowo. Sprzątałam mieszkanie, wyrzucałam stare ubrania, przeglądałam zdjęcia. Każda rzecz przypominała mi babcię. Jej zapach, śmiech, ciepło dłoni. Czasem miałam wrażenie, że zaraz wyjdzie z kuchni i zapyta, czy zrobiłam jej herbatę.
Pewnego dnia znalazłam w szufladzie list. Był zaadresowany do mnie. „Kochana Aniu, wiem, że nie było ci łatwo. Dziękuję, że byłaś przy mnie, kiedy najbardziej cię potrzebowałam. To mieszkanie jest dla ciebie, żebyś zawsze miała swój dom. Nie pozwól, żeby inni odebrali ci to, co ci się należy. Kocham cię. Babcia.”
Płakałam długo, trzymając ten list w rękach. Wtedy po raz pierwszy poczułam ulgę. Babcia wiedziała, jak jest naprawdę. Wiedziała, ile mnie to kosztowało. I chciała, żebym była szczęśliwa.
Rodzina nie odpuściła. Mama przestała dzwonić, ciotka Basia rozpowiadała po rodzinie, że jestem niewdzięczna. Nawet Tomek napisał mi, że „rodzina jest najważniejsza”. Ale ja wiedziałam, że zrobiłam wszystko, co mogłam. I że mam prawo do własnego życia.
Czasem, kiedy siedzę w babcinym fotelu i patrzę na zachód słońca nad Warszawą, zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze. Czy można być szczęśliwym, kiedy wszyscy wokół mają do ciebie żal? Czy miłość i poświęcenie zawsze muszą oznaczać rezygnację z siebie?
A wy? Czy kiedykolwiek musieliście wybierać między rodziną a własnym szczęściem? Jak poradziliście sobie z poczuciem winy i oczekiwaniami innych?